Jakiś czas temu na facebooku zaczęła krążyć akcja 100 dni szczęścia. Oczywiście, nie byłabym sobą, gdybym tego nie przespała i nie postanowiła zabrać się za spisanie moich przemyśleń wtedy, gdy już nikt o tym nie pamięta. Ale czy nasze życie jest wystarczająco usłane różami, abyśmy mogli podjąć to wyzwanie? Niektórzy wręcz niezwykle swoimi statusami na najpopularniejszym serwisie spolecznościowym udowadniają nam, że ich życie to wieczna męczarnia. Jednego dnia są chorzy, następnego smutni, a trzeciego dnia ich miłość życia (co z tego, że z reguły 16-18-letniego) nie odpisala na smsa przez ponad pół godziny! Jest to wręcz idealna okazja by wyrzucić wszystkie toksyczne emocje które się w nas kłębią na facebookowego wall'a. Niech wiedzą, jak nam jest w zyciu ciężko, jak cierpimy i jaką nizwykłą walkę ze światem codziennie musimy staczać. Jeżeli nikt nie polubi albo skomentuje naszego nasączonego frustracją, depresją i samobójstwem posta, będziemy mieli kolejny powód do płaczu na profilu. Prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie, a gdy mnie dopada smutek oni sie odsuwają. To, że nie polajkują mojego postu oznacza, ze mają mnie w dupie! Life ys kutas!
Już nie pamiętam ile razy słyszałam Ale z Ciebie farciara! Ty to masz zawsze szczęście! Jak to robisz, że zawsze Ci się wszystko udaje?! Zlamałam nogę, wylali mnie z pracy, nie miałam pieniędzy na jedzenie, prawie wylali mnie ze studiow za owe złamanie, poprzez bestialskie eguły wrócenie do gry prawie znowu znalazłam się w szpitalu poprzez wycieńczenie organizmu, mam w pełni niesprawną stopę, nie moge przejść kilometra bez bólu nie używając kul, czeka mnie operacja glowy. Ale...
tak, chyba jestem szczęściarą. Dzięki temu moglam podszlifowac angielski zarówno strikte naukowy jak i słuszący zwykłej, prostej komunikacji, wzmocnilam ręce- chodzenie o kulach, najbanalniej w zyciu zarobiłam tysiąc złotych, dzięki gipsowi nawiązałam współpracę z włoskim fotografem, w wolnych chwilach pracuję nad pracą naukową, kto wie, może nada się do publikacji w naukowym magazynie, a przy pierwszym w pełni normalnym kroku bez kul praktycznie się popłakałam. Pomimo tego, co można by nazwać w istocie niezbyt szczęśliwymi wydarzeniami, ja uważam, że nie mam na co narzekać. Kolejny raz sobie poradzilam, kolejny raz wykazałam się siła i kreatywnością. Kolejny raz jestem w pełni zadowolona, kolejny raz, myśląc o tym czu ję się szczęśliwa i w pełni usatysfakcjonowana, że nawet wypadek udało mi sie pozytywnie wykorzystać.
Czemu płaczecie nad rozlanym mlekiem?
Czemu nie cieszycie się, że Wasza ulubiona szklanka nie potłukla się.
Czemu Wasze podejście jest takie bez sensu?
100 happy days
#1
Pierwszy krok bez kul, bez bólu, bez zachwiania sylwetki. Pierwszy krok jak w pełni sprawna osoba. Szklanka w oczach ze szczęscia.
#2
SZczęście, to taniec w klubie z gipsem na nodze, gdzie ludzie są niezwykle zdziwieni gdy schodzę z parkietu i widzą, że kuleję, twierdzą, że nigdy by nie powiedzieli, że coś może4 być z moją nogą nie tak patrząc na mój taniec. A chyba super szczęściem jest tańczyć z gipsem na nodze lepiej niż 90% klubowiczów.
#3
Udalo mi się lekko ruszyć stopą. Po zdjęciu gipsu byla zupelnie niewładna. Niesamowita ulga i szczęście.
#4
Mam jutro dwa kolokwia. Wpadło z 20 znajomych. Wiadomo, że zawsze w takiej sytuacji krzyczę, żę ich wszystkich nienawidzę. Rutyna. Ale naprawdę milo było ich widzieć, może nawet za taką cenę? W końcu bez spiny, są przecież 10-te terminy.
#5
Włoski fotograf chce kupić ode mnie zdjęcia, z gipsem. Robi duży projekt. Nie dość, że w końcu będę miala na jedzenie to jeszcze będę miała udział w większym projekcie. w czepku urodzona
#6
Usiadlam na murku, bo źle postawiłam stopę i czulam straszny ból. Rozpoczęłam rozmowę z jednym biznesmanem, praca home office, najpierw kieszonkowe, potem większe zyski, wlasna działalność. Dzięki nogo, że mnie tak bolisz!
#7
Szczęście to mieć święty spokój w mieszkaniu gdy przychodzisz sturany po uczelni, rehabilitacji i basenie.
#8
Szczęście to mieć pół ulubionego soku, gdy w nocy napadnie Cię pragnienie.
Coś więcej?
Nie.
~anythingelseee
Coś mnie tknęło.
Zaczęłam czytać swoje poprzednie posty i stwierdziłam, że czuję się tak spokojna jak wtedy, więc mogę pisać.
I znowu kłamię. Nie śmiałabym nazwać tego stanem harmonii, może prozaicznej równowagi, śmiesznego opanowania, gdy cała Twoja wola wywraca do góry nogami wszystkie odczucia jak i emocje. Tak, to jest dobry moment.
Powiedzcie co u Was? Jesteście? Tęskniliście? Halo? Halo...
No właśnie...
Mogłabym stwierdzić, że nic się nie zmieniło. Może prócz setek przygód, podjętych wyzwań, godzin śmiechu i trwogi. To nie jest dobry aspekt. Znowu się nie udało. W jakiś sposób ten blog dawał mi mistyczne wytchnienie w okresie, kiedy jeszcze wierzyłam, a jak wiadomo, na starość coraz trudniej się zmienić ;) Podobno, charakter człowieka ulega zmianie, uśredniając, co 7 lat. Chyba nadszedł ten czas. Ale kim ja teraz mogę być? Byłam już nieśmiała i bezpośrednia, pewna siebie i bez poczucia własnej wartości, gadatliwa, wygadana i cicha, miła i ciesząca się opinią suki. Kim mogę być jeszcze? Chyba tylko większą zołzą, która idzie twardo po swoje, nie patrzy się wstecz, z zimnym wyrachowaniem krocząca po swoje marzenia. Hmmm... Chyba potrzebuję większej szafy by pomieścić w niej nowy zapas trupów. Ale, czy to jest mój świat? A może ktoś zabawia się tym jednym istnieniem wpisując przypadkowe komendy w swoim centrum sterowania szarą rzeczywistością.
Zaczęłam pisać wiersze. Znowu się zgubiłam. Pomimo, że na tej mojej ścieżce, poprzez całą jej ciągłość był usłany drut kolczasty. W jakimś momencie puściłam się biegiem. Stopy przyzwyczaiły się do bólu. Póżniej już nic nie czułam. Nie spostrzegłam tej miękkości pod moimi stopami. Niemożności wykonania trywialnego ruchu, wykonania susu. Znowu zboczyłąm z trasy na rzecz bagna mentalności.
Jestem głodna. Są święta. Wolno mi.
Nieprawda.
Chcę wrócić do zycia, pragnę zwykłej celebracji każdej sekundy, nie chcę rozpaczać jak szybko czas zanika, umyka, spieprza z zaciśniętych pięści. Chcę się chwalić jak mi jest dobrze, a nie jak mogłoby być.
Gdybyście nie spotkali- nie wiedzielibyście tego. O nie. Rozklekotana pod względem mentalnym nastolatka, która nie wie co ma zrobić z życiem. Nie. Nieprawda. Stwierdzilibyście, że moje życie jest pasmem wielkich powodzeń. Ale ja jestem nader ambitna. A ludzie dostrzegają tylko to, co człowiekowi wychodzi, by później móc z tego szydzić. Nie jestem tym kim jestem tutaj, nie mogę być tym kimś tam, tym zlepkiem stuknięć w klawiaturę. Jestem tym, kogo nie znacie i nigdy Wam o tym nie opowiem. Jakaś diagnoza doktorze? Czas na kolejne leki? Doktorze...
~anythingelseee