sobota, stycznia 28

Dzień, w którym skończylo się wszystko.

Chcesz coś napisać, ale wiesz, że nie powinnaś. Chcesz zacząć od nowa, ale gdzieś zgubiłaś wstęp. Twój niewinny scenariusz skrzętnie pisany na kolanie.
To była 7 rano. Cały świat był spowity lekką mgłą która niewinnie kołysała się nad ogrodami działkowymi numer 12. Słońce leniwie otulało korony drzew, tak samo niechętne do pobudki jak Ty sama. W tle rozpływał się obraz opuszczonego prosektorium, z powybijanymi oknami, zmurszałą podłogą i zdewastowanym stołem sekcyjnym w piwnicy. Zdawało by się, że nie chce ono dać o sobie zapomnieć, wieżyczką swą wychylając się poza drzewostany, ale nawet mgła pozornie nie chciała ujawnić jego tajemnic, okrywając go białą otuliną. 
To była 7 rano. Budzik Twój wygrywał są symfonie od przeszło 3 godzin, a Ty jak zaklęta dalej spałaś w zaparte. Drzemka, drzemka, drzemka. Jeszcze tylko chwila, chwila, chwila... Aż w pewnym momencie przestałaś go dostrzegać, zwinnie, w półśnie wyłączając kolejne alarmy.
-Mamo, źle się czuję, nie idę do szkoły.
Ale tutaj nie było mamy. Nie było pełnej lodówki, czekającego, gorącego obiadu, teczki z rachunkami, które się w magiczny sposób same opłacały. Ale miałaś jedno, dziennik. Całe Twoje życie w stercie papieru o gramaturze 100g. A w nim pokreślone rubryczki i pełno komend podkreślonych czerwoną, podwójną linią, z ilością wykrzykników odpowiadającą priorytetowi wykonania danej rzeczy. Projekt, praca, uczelnia, egzamin, rachunki, jedzenie. Jak egzaminy i aspekty związane z pracą były codziennie, sumiennie wykreślane, tak opcja wyposażenia swojej lodówki przepisywana z dnia na dzień, tygodnia na tydzień. Co dzisiaj na śniadanie? hmmm... Mrożone powietrze? Jej, i tak chciałam schudnąć. Na wyposażeniu Twojej kuchni była jedna rzecz, której stan był stale kontrolowany. Magiczny napój bogów, uśmiech i siły życiowe w płynie. KAWA. Oj tak, nie wyobrażałaś sobie życia bez kawy. Mrożona, z mlekiem, cappuccino, kokosowe latte? Nie ważne. Ważne, że kawa. Promyk nadziei w ponury dzień. Jedyny motyw do wstania rano z łóżka. To nie tak, że nie lubiłaś swojego życia, pracy czy zajęć na uczelni. Po prostu bez kofeiny, to wszystko wydało się takie miałkie i w odcieniach szarości. O 7.30 w końcu zwlokłaś się z łóżka strudzona wcale zbawiennym snem i skierowałaś do "kuchni". Szybko włączyłaś czajnik elektryczny i sięgnęłaś po puszkę z kawą, ale... To był dzień w którym Twoje życie straciło sens. W pojemniku nie było kawy...

~anythingelse

niedziela, stycznia 15

O drodze

Biegnę cieniem drogą pisaną. Nierówna powierzchnia chrzęści pod stopami jak miliony mikroskopijnych szkła odłamków. Jeden pas jest przeznaczony mi i nim podąrzać będę. Pod prąd. Wobec wszelkich zasad anarchistycznie niepewna. Zgubna idea jest tym bardziej wpisana w ideał, im szybsze tętno gości w moim krwioobiegu. Mijam miliony nieokreślonych strużek światła, które wbrew mej woli nęcą mnie i delikatną nutą zapraszają. Przeszeptują się natchnione pewnością, że ich pochodzenie jest właściwsze, zmotywowane logicznym skutkiem, stworzone wolą idei. Zwalniam. Nie chcę stanąć, jedynie chwila wytchnienia jest bliższa memu sercu, normowanemu marszu, miarowemu tętnu. Czuje każdą emocję w uderzeniu serca. Słyszę każde słowo w lekkim drganiu. Podążam swoją droga oportunistycznie nastawiona do każdej z myśli i wszystkich zarazem. Znalazlam mój szlak w bezdrożnych stepach. Nuta goryczy wysyca moje tchnienie. Dziesiąty upadek. Co dalej?


~anythingelse

wtorek, stycznia 10

Kolejny epizod o zgubie.

 Prawda jest wyzwoleniem. Tym znaczącym punktem, który mówi stop i start. TY jesteś prawdą. Pomimo, że czasem tego nie dostrzegasz, że chcesz skutecznie zamazać swoje istnienie za szeregowymi pasmami złudzeń. Czemu klamiesz? Dlaczego bycie swoją własną kłodą, którą rzucasz  swoim celom pod stopy jest Ci tak znane? Może już bliskie? A może to przyzwyczajenie. Przywyknięcie do problemu, do bycia swoją przeszkodą. Antagonem, działań, marzeń. Dualizmem idei.  Próbą zaprzeczenia sobie. Rozdarciem emocji. Smutkiem rozlanym perlistym śmiechem. Ostoją niepokoju. Sielanką chaosu. Znowu gubisz się na prostej ścieżce. Nie wiesz dokąd dalej podążać masz. Do przodu czy w tył. A może stanąc w miejscu? Dać się zabić zaprzeczeniu. Zapuścić korzenie pomiędzy jednym a drugim brzegiem swojej świadomości. Kolejny konflikt złudzeń na wzburzonym morzu zamkniętym w kropli niepewności. Tak stabilnej i silnej jako całość. Której struktury, pozornie,  zaburzenie nie jest wykonalne.  Ale może Ty ją złamiesz? Nadasz jej kształt opatrzności bezlęku. I wygrasz. Kolejny raz. Tak, jak jakiś czas temu i kolejne dwa czasy temu, trzy, cztery, pięć... Czy nie chcesz wygrać? Dać się wpoić w ścieżkę z widocznym drogowskazem?

Czas to zmienić. Wszystko.

~anythingelse

poniedziałek, grudnia 28

Odgrzebując post w wersji roboczej vol.1

Jakiś czas temu na facebooku zaczęła krążyć akcja 100 dni szczęścia. Oczywiście, nie byłabym sobą, gdybym tego nie przespała i nie postanowiła zabrać się za spisanie moich przemyśleń wtedy, gdy już nikt o tym nie pamięta. Ale czy nasze życie jest wystarczająco usłane różami, abyśmy mogli podjąć to wyzwanie? Niektórzy wręcz niezwykle swoimi statusami na najpopularniejszym serwisie spolecznościowym udowadniają nam, że ich życie to wieczna męczarnia. Jednego dnia są chorzy, następnego smutni, a trzeciego dnia ich miłość życia (co z tego, że z reguły 16-18-letniego) nie odpisala na smsa przez ponad pół godziny! Jest to wręcz idealna okazja by wyrzucić wszystkie toksyczne emocje które się w nas kłębią na facebookowego wall'a. Niech wiedzą, jak nam jest w zyciu ciężko, jak cierpimy i jaką nizwykłą walkę ze światem codziennie musimy staczać. Jeżeli nikt nie polubi albo skomentuje naszego nasączonego frustracją, depresją i samobójstwem posta, będziemy mieli kolejny powód do płaczu na profilu. Prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie, a gdy mnie dopada smutek oni sie odsuwają. To, że nie polajkują mojego postu oznacza, ze mają mnie w dupie! Life ys kutas!

Już nie pamiętam ile razy słyszałam Ale z Ciebie farciara! Ty to masz zawsze szczęście! Jak to robisz, że zawsze Ci się wszystko udaje?! Zlamałam nogę, wylali mnie z pracy, nie miałam pieniędzy na jedzenie, prawie wylali mnie ze studiow za owe złamanie, poprzez bestialskie eguły wrócenie do gry prawie znowu znalazłam się w szpitalu poprzez wycieńczenie organizmu, mam w pełni niesprawną stopę, nie moge przejść kilometra bez bólu nie używając kul, czeka mnie operacja glowy. Ale...
tak, chyba jestem szczęściarą. Dzięki temu moglam podszlifowac angielski zarówno strikte naukowy jak i słuszący zwykłej, prostej komunikacji, wzmocnilam ręce- chodzenie o kulach, najbanalniej w zyciu zarobiłam tysiąc złotych, dzięki gipsowi nawiązałam współpracę z włoskim fotografem, w wolnych chwilach pracuję nad pracą naukową, kto wie, może nada się do publikacji w naukowym magazynie, a przy pierwszym w pełni normalnym kroku bez kul praktycznie się popłakałam.  Pomimo tego, co można by nazwać w istocie niezbyt szczęśliwymi wydarzeniami, ja uważam, że nie mam na co narzekać. Kolejny raz sobie poradzilam, kolejny raz wykazałam się siła i kreatywnością. Kolejny raz jestem w pełni zadowolona, kolejny raz, myśląc o tym czu ję się szczęśliwa i w pełni usatysfakcjonowana, że nawet wypadek udało mi sie pozytywnie wykorzystać.

Czemu płaczecie nad rozlanym mlekiem?
Czemu nie cieszycie się, że Wasza ulubiona szklanka nie potłukla się.
Czemu Wasze podejście jest takie bez sensu?

100 happy days

#1
 Pierwszy krok bez kul, bez bólu, bez zachwiania sylwetki. Pierwszy krok jak w pełni sprawna osoba. Szklanka w oczach ze szczęscia.
#2
SZczęście, to taniec w klubie z gipsem na nodze, gdzie ludzie są niezwykle zdziwieni gdy schodzę z parkietu i widzą, że kuleję, twierdzą, że nigdy by nie powiedzieli, że coś może4 być z moją nogą nie tak patrząc na mój taniec. A chyba super szczęściem jest tańczyć z gipsem na nodze lepiej niż 90% klubowiczów.
#3
Udalo mi się lekko ruszyć stopą. Po zdjęciu gipsu byla zupelnie niewładna. Niesamowita ulga i szczęście.
#4
 Mam jutro dwa kolokwia. Wpadło z 20 znajomych. Wiadomo, że zawsze w takiej sytuacji krzyczę, żę ich wszystkich nienawidzę. Rutyna. Ale naprawdę milo było ich widzieć, może nawet za taką cenę? W końcu bez spiny, są przecież 10-te terminy.
#5
Włoski fotograf chce kupić ode mnie zdjęcia, z gipsem. Robi duży projekt. Nie dość, że w końcu będę miala na jedzenie to jeszcze będę miała udział w większym projekcie. w czepku urodzona
#6
Usiadlam na murku, bo źle postawiłam stopę i czulam straszny ból. Rozpoczęłam rozmowę z jednym biznesmanem, praca home office, najpierw kieszonkowe, potem większe zyski, wlasna działalność. Dzięki nogo, że mnie tak bolisz!
#7
Szczęście to mieć święty spokój w mieszkaniu gdy przychodzisz sturany po uczelni, rehabilitacji i basenie.
#8
Szczęście to mieć pół ulubionego soku, gdy w nocy napadnie Cię pragnienie.

Coś więcej?
Nie.

~anythingelseee

A ja sobie mną

Coś mnie tknęło.
Zaczęłam czytać swoje poprzednie posty i stwierdziłam, że czuję się tak spokojna jak wtedy, więc mogę pisać.
 I znowu kłamię. Nie śmiałabym nazwać tego stanem harmonii, może prozaicznej równowagi, śmiesznego opanowania, gdy cała Twoja wola wywraca do góry nogami wszystkie odczucia jak i emocje. Tak, to jest dobry moment.

Powiedzcie co u Was? Jesteście? Tęskniliście? Halo? Halo... 
No właśnie...

Mogłabym stwierdzić, że nic się nie zmieniło. Może prócz setek przygód, podjętych wyzwań, godzin śmiechu i trwogi. To nie jest dobry aspekt. Znowu się nie udało. W jakiś sposób ten blog dawał mi mistyczne wytchnienie w okresie, kiedy jeszcze wierzyłam, a jak wiadomo, na starość coraz trudniej się zmienić ;) Podobno, charakter człowieka ulega zmianie, uśredniając, co 7 lat. Chyba nadszedł ten czas. Ale kim ja teraz mogę być? Byłam już nieśmiała i bezpośrednia, pewna siebie i bez poczucia własnej wartości, gadatliwa, wygadana i cicha, miła i ciesząca się opinią suki. Kim mogę być jeszcze? Chyba tylko większą zołzą, która idzie twardo po swoje, nie patrzy się wstecz, z zimnym wyrachowaniem krocząca po swoje marzenia. Hmmm... Chyba potrzebuję większej szafy by pomieścić w niej nowy zapas trupów. Ale, czy to jest mój świat? A może ktoś zabawia się tym jednym istnieniem wpisując przypadkowe komendy w swoim centrum sterowania szarą rzeczywistością. 

Zaczęłam pisać wiersze. Znowu się zgubiłam. Pomimo, że na tej mojej ścieżce, poprzez całą jej ciągłość był usłany drut kolczasty. W jakimś momencie puściłam się biegiem. Stopy przyzwyczaiły się do bólu. Póżniej już nic nie czułam. Nie spostrzegłam tej miękkości pod moimi stopami. Niemożności wykonania trywialnego ruchu, wykonania susu. Znowu zboczyłąm z trasy na rzecz bagna mentalności. 
Jestem głodna. Są święta. Wolno mi.
Nieprawda.
Chcę wrócić do zycia, pragnę zwykłej celebracji każdej sekundy, nie chcę rozpaczać jak szybko czas zanika, umyka, spieprza z zaciśniętych pięści. Chcę się chwalić jak mi jest dobrze, a nie jak mogłoby być. 
Gdybyście nie spotkali- nie wiedzielibyście tego. O nie. Rozklekotana pod względem mentalnym nastolatka, która nie wie co ma zrobić z życiem. Nie. Nieprawda. Stwierdzilibyście, że moje życie jest pasmem wielkich powodzeń. Ale ja jestem nader ambitna. A ludzie dostrzegają tylko to, co człowiekowi wychodzi, by później móc z tego szydzić. Nie jestem tym kim jestem tutaj, nie mogę być tym kimś tam, tym zlepkiem stuknięć w klawiaturę. Jestem tym, kogo nie znacie i nigdy Wam o tym nie opowiem. Jakaś diagnoza doktorze? Czas na kolejne leki? Doktorze...

~anythingelseee

niedziela, lutego 1

Nie czytajcie tego!

Trzy i pół historii. Jedna czwarta człowieka. Pół roku i sterta żalu. Kilka skrzyń niedowierzania i cały kontener pretensji. 

Czy ludzie się zmieniają? Mam nadzieję. Nie umiem już być sobą w najlepszej swojej odsłonie. Sklepienie rzeczywistości coraz bardziej się obniża, moją glowę dzieli od niego doslownie kilka centymetrów. Kiedy zabraknie przestrzeni? Ki edy mój wlasny świat, prywatne królestwo uwięzi mnie w... klatce? skrzyni? grobowcu?... Kiedy się poddam? 

Ten wpis ma mieć watrość motywacyjną. Nie tylko dla mnie (chociaż w głównej mierze o to chodzi), ale może i ktoś z was zaczerpnie z tego pewną radę. Nie trać życie, nie uciekaj, wyzbądź się strachu, bądź sobą. Taaak, bądź sobą, z tego już niewielki krok do bycia kimś.

Wszystko się wali. Pomalutku, małymi kroczkami, powodując, że całkowicie zaczynam wątpić w siebie. 

PRACA
Na początku było świetnie. Pracowalam w jednym z droższych sklepów w centrum handlowym. Na wyplatę nie mogłam narzekać, całkowicie spełniała moje oczekiwania, nawet nad wyraz to robila. Załoga też byla fajna, szefowa po krótkim czasie zaczęła doceniać mnie i moje wyniki. Lubiłam to co robiłam. Mialam dobry kontakt z ludźmi i poczucie, że serio mogę pomóc. Zwracali się do mnie ludzie, którzy chcieli coś w sobie zmienić, niektórzy nieśmiało twierdzili, że wraz z nowym wyglądem chcieliby zyskać odrobinę więcej pewności siebie. Pomagalam. Dobierałam im ubrania, w których na prawdę wyglądali dobrze i motywowalam w krótkich rozmowach przed przymieżalnią między donoszeniem kolejnych modeli. Wychodzili uśmiechnięci. Wracali. I zawsze tylko do mnie. To było miłe, że ktoś mnie docenia. 
Ale potem zmienił się właściciel. Niby moja pozycja była bezpieczna. Zagwarantowal on naszej byłej szefowej, że ekipa się nie zmieni. Przynajmniej przez 3 miesiące. Już na rozmowie kwalifikacyjnej stwierdził, że zwyczajnie mu nie pasuję i moja obecność w tym sklepie jest zbędna. Z ironicznym uśmieszkiem dodal, że żałuje zlożonej obietnicy odnośnie 3 miesięcy ochrony. Mial do mnie zbyt wiele nieuzasadnionych pretensji, bez poparcia faktami, prawda. Zaczęły się docinki na mój temat. Po dwóch dniach przeniósl mnie na obrzeża miasta. Półtorej godziny przed pracą musiałam wyjść z domu. Tyle samo zajmowal mi powrót. Jakiś problem? Ja żadnego nie widzę. Jako, że system pracy był dwa na dwa, każda z nas miala do przepracowania 16 dni w miesiącu. Ile u mnie łacznie to wynosiło? Dziesięć dni i jedna godzina. Wypłata miała być liczona od utargu. Nie jestem w stanie zgromadzić porównywalnej do reszty personelu ilości sprzedanych rzeczy, gdy brakuje mi prawie tygodnia pracy. I tak byłam dobra. Brakowalo mi niewielkiej sumy do dorównania "najslabszemu ogniwu" pomimo deficytu godzin. Wyszlo na to, że jestem najgorsza, nie umiem sprzedawać i konsekwentnie trzeba mnie się pozbyć. Jej, poprzednia ekipa otrzymała umowy próbne 3miesięczne, ja na okres niespełna miesiąca. Były w niej błędy w nazwisku, adresie i niewpisana stawka. Nie robię tego charytatywnie. Na szczęście "pensja", chociaz powinnam to nazwac groszami, zostala wyliczona prawidłowo. O nieprzedłużeniu umowy dowiedziałam się minutę przed zamknięciem sklepu w Wigilię. Dziękuję. 

Do tej pory nie znalazłam pracy. Nie mam pieniędzy na jedzenie. Odlożylam sobie tylko kwotę by opłacić najem. Mam bardzo dobre CV, doświadczenie, jestem ambitna, pracowita, w pracę zawsze wkładam cała siebie, głupia też nie jestem, do tego posiadam dobrą prezencję. Umiem się wysławiać, być kulturalna i spokojnie rozwiązać każdy problem. Nikt mnie nie chce. 

STUDIA

to był przypadek, że jestem tu gdzie jestem. Przyszła pani mikrobiolog. Ten rok chcialam spędzić pracując i przyszykowując się do poprawy matury. Marzy mi się medycyna. Nikt nie chciał zatrudniać osób bez statusu studenta. Zapisalam się na nabór dodatkowy. Zlożyłam papiery dylko dlatego by mnie zatrudnili gdziekolwiek. I tak się stało. Jednakże, w końcu stwierdziłam, że zalezy mi na tych studiach. Dostalam się na kierunek, szkoda zmarnowac ten rok. Da mi on dobre przygotowanie na upragnioną medycynę i licencjat. Jeżeli jednak nie dostanę się na Uniwersytet Medyczny, zawsze zostaje mi zrobienie magisterki z kryminalistyki i pracowanie w zawodzie podobnym do wymarzonego. Uczyłam się,chodziłam na wykłady i ćwiczenia w miarę możliwości, bo przeciez praca, cały etat, wiadomo. Z wykładowcami ustaliłam, że będe odrabiać opuszczone zajęcia. Zrozumieli moją sytuację.  Wszystko szło ok. Zbierałam bardzo dobre oceny, dostawalam pochwały na laborkach.
Jestem nieklasyfikowana z trzech przedmiotów. Deficyt punktów:18. Maksymalny dozwolony:10. 
Mój były szef miał chwile rzekomej dobroci pomiedzy ironicznymi spojrzeniami skierowanymi w moim kierunku. Będę dobrym wujkiem, napisz mi swój plan zajęć, to dobierzemy Ci grafik tak, abyś nie opuszczala za dużo zajęć, przecież niedługo sesja. Szkoda by było, gdybyś zmarnowala ten rok. Jasne, ciągle słyszalam, komentarze, że "u nas dziewczyny nie studiują". Oczywiście, jedna robiła magistra, druga licencjat, a reszta uczyła się równiez dziennie bądź zaocznie. Tylko jedna nie miała statusu studenta. Pokazałam plan zajęć. Wypisalam też terminy egzaminów i zaliczeń. Nie byłam na jednym kolokwium, drugim, kolejno opuszalam kazdy wyznaczony przez wykładowcę termin. Praca. Pani doktor, nie mogłam, akurat musiłam się stawić na te 5 godzin w pracy, w czasie kiedy bylo kolokwium... Wiem, że to brzmi nieprawdopodobnie, ale...
Pod koniec grudnia spędzałam w łazience w pracy przeszło godzine dziennie. Wychodziłam zwymiotowac sobie krwią i wrócić na teren sklepu.


ZDROWIE

Nigdy nie byłam okazem zdrowia, ale to raczej nieistotne. Potem się zahartowalam. Nie łapalo mnie żadne przeziębienie, zapomniałam co to ból gardła. Potem szpital. Jeden raz, drugi, trzeci, pogotowie ratunkowe przywozilo mnie z 10 razy na oddzial. Trzy i pół roku. Coraz gorzej. Diagnoza: stres. Wsadźcie ją sobie w dupę, że tak kolokwialnie się wyrażę. Potem nastąpiła era migren. Tracę wzrok na piętnaście minut do pół godziny. Bół paraliżuje wszystkie mięśnie i ogranicza zdolnośc wymiany gazowej. Zawsze gdy przychodzi, wyję jak zranione zwierzę, czasem krzyczę. Czuję jakbym odchodziła z tego świata. Zawsze tego pragnę, gdy nadchodzi ten czas. No i wymiotowanie krwią. Norma. Dlatego pogotowie tyle razy zbieralo mnie z ulicy. Zakrwiony worek kości i mięsa kulący się na ziemi i wyjący tak, jakby przeżywał najgorsze katusze świata. Dostałam leki. pomagały. Powodowały lekką bezsennośc, ale bol nie był tak silny. Nikt się nie pokwapił, by wypisać skierowanie na rezonans magnetyczny. Po co, skoro leki pomagają. A jak jest ulga, oznacza to, że diagnoza jest trafna. Migreny ze światlowstrętem. Ostatnio leki przestały działać. Całkowicie przestałam chodzić na zajęcia, bo nie byłam w stanie. Funkcjonowanie w świecie nie wchodziło w grę. Chociazby tak byle jak, aby być. O nie. Kilka dni temu zemdlałam przed wejściem na uczelnię. Przed dwoma egzaminami ostatniej szansy. Pól poradził moje ciało i utonęłam. Ten sam ból mnie ocucił. Pogotowie bylo już wezwane. Wiłam się i krzyczałam leżac na chodniku. Niemiałam siły oddychać. Utonęłam jeszcze dwa razy. Za każdym razem wybudzał mnie ból. Dostałam podwójną dawkę przeciwbólowych. Po czterech godzinach katorgi w końcu pomogły. Wszystkie badania jak najbardziej w normie. Brak podstaw do hospitalizacji. Otrzymałam w końcu skierowanie na rezonans. Pół roku. Najbardziej prawdopodobny wydaje mi się zakrzep. To tylko zakrzep. Mikrouszkodzenia w mózgu spowodowanie ciągłymi wypadkami, potrąceniami, uszkodzeniami glowy. To brzmi logicznie. Jak na razie: cierp. 
Wykładowcy nie chcą uznać mojego wypisu ze szpitala. Twierdzą, że to była moja ostatnia szansa. Nie podjęłam się jej. Nie interesuje ich, że nie pojawiłam się na egzaminie z premedutacją. Zemdlałam przed samym wejściem uczelni. Dziesięc minut przed pierwszym egzaminem. 

MIŁOŚĆ

Nigdy nie miałam w niej szczęścia. Jestem suką, wiem. Ironiczna, chamska i pewna siebie. Wiem, że przyciągam spojrzenia męzczyzn. Wiem, że się za mną oglądają, albo kierują ukradkowe spojrzenia w moim kierunku gdy jesteśmy w pubie, na baletach, w knajpce. Nigdy się nie zakochałam, nigdy nie poczułam chociażby iskierki. Tej najmniejszej, Tego okruszka popiołu spadającego z ostatniego papierosa na jakiego mnie bylo stać. Od przeszlo roku nikogo nie poznalam, od tego też czasu nie byłam na randce. Każdy męzczyzna który postanowił, że chce mnie poznać okazywał się, autentycznie i dosadnie stwierdzając, kompletnym idiotą. W drastycznym stopniu. Nie oczekuję super wykształconego chlopaka, który zawstydza wszystkich elokwencją i znajomością całego slownika synonimów. Chcę kogoś, z który mogłabym porozmawiał na normalne tematy. Który nie posiada jednej aspiracji zyciowej, która polega na piciu browara na ławce pod blokiem i spuszczaniu wpierdolu. Chcę z kimś pogadać o normalnych sprawach, czasem polityce, sporcie, najnowszej płycie ulubionego rapera. Powygłupiać się czasem. Nie mam wielkich wymagań. Mam wielu kolegów. Czy to coś zmienia w bieżącej sytuacji? Znam ich już chyba z dobrych kilka lat. Z czasów, kiedy wszystko inaczej wyglądało. Nie jestem fochliwą księżniczką. Gdy jestem na kogoś zdenerwowana zawsze wyjaśniam daną sytuację, dokładnie, poprzez podanie faktów, które mogły mnie zranić i motywów mojego zdenerwowania. Nigdy nie znikam obrażona. Pomimo, że jestem suką, ludzie dla mnie bliscy są najważniejsi. Gdy mają problem zawsze pomogą, mogę rzucić wszystko, by zjawić się u nich i pogadać. Jeśli nie leżę na oddziele ratunkowym w danej chwili. Wiem, że jestem suką, ale przynajmniej lojalną  chamską suką.

Jestem świadoma swoich zalet i wad. Zawsze jestem fair w stosunku do ludzi, którzy również to wykazują. 

Nie mam pieniędzy na jedzenie. Nie mam pracy. Zawaliłam studia. Nie mam na nic siły, z dnia na dzień czuję się coraz gorzej. Nie mam nikogo, kto przytuli mnie naprawdę. 

Co mi zostało? Kilogram ziemniaków w szafce, jeden pomidor, kawa, ostatnia paczka papierosów, zeszyt z notatkami, resztka honoru i moje święte zasady. 

Co zamierzam zrobić? Znaleźć pracę, walczyć o studia, pozostać sobą i dalej kierować się optymizmem. Zawsze moglo być gorzej. Zawsze. Teraz czas by bylo lepiej. 


Obecnie mam 20 lat. To nie jest cala moja historia. 
PS. Nie chcialo mi się poprawiać błędów w pisowni. Musze teraz ratować studia, więc fanatycy bezbłędnej pisowni: zlinczujcie mnie za brak polskich znaków, ja dalej będę się czuła usprawiedliwiona.

~anythingelseeee

niedziela, czerwca 22

Nie wiem nic

Zbyt często mam wrażenie, że śnię. Czas przelatuje mi miedzy palcami, a ja nie moge powstrzymać tego procesu. Procesu starzenia się? Cóż, nie uważam, abym była jedna noga w grobie, ale chyba muszę przyznać sobie rację. Zasługujesz na brawa. Klask.
Czy to bajka czy sen
choć nie mogę to chcę
kiedyś dowiedzieć się,
czy jestem fikcją czy nie.
Alkohole, melanże i wyjebywanie foteli na balkon w domu pani Anitki. Czego chcieć więcej? Czasem nie wierzę w to wszystko. Cóż, jestem człowiekiem małej wiary, fanka swojej własnej religii, filozofii świata. Życie się kończy, zaczyna na nowo i tak w kołko i w kołko. Podczas jednego zycia umierasz i naradzasz sie tysiac razy, kazda decyzja zmienia scenariusz Twojego losu, kreuje nowy dokument o Tobie. Masz miliardy zyć, ale o tym nie wiesz. Ciiiiiii. Masz szansę naprawdę zyć, ale nigdy przecież tego nie usłyszysz nawet od samego siebie, a co dopiero od innych. Nie. Ja Ci wcale o tym nie mówiłam. To tylko sen. 
Zycie jest ironią. W tym sezonie byłam juz zatrudniona w 5 miejscach. A jeszcze nawet sezon się nie rozpoczął? No właśnie. Czy żałuje czy nie to kwestia sporna, która aktualnie, uzywając kolokwialnego zwrotu, pierdolę. Popłaczę sobie jak znajde czas po pracy. Czy narzekam? Nie wiem. Bawie sie zabawkami, piłeczkami, gumowymi pająkami, tańczę z parasolka przed sklepem, skacze do muzyki rozdając numerki do przymierzalni. Ciekawa jestem opinii innych o mojej osobie. Ciekawa jestem jak ludzie postrzegają taki twór jakim jest moja osobowość. Latam, latam, latam. Ciekawa jestem jak to jest mieć taki ograniczony światopogląd jaki oni posiadają. Ciekawa jestem jak to jest siedzieć w czyimś odbycie by przypodobać sie tej osobie. Ciekawe. No właśnie, ciekawe.
Wszystko sie powywracało. Wszystko. Co? No właśnie. 

~anythingelse

środa, kwietnia 23

DIY#20 Black handbag with gold beads.

Ostatnio mogę stwierdzić, że lenię się niezwykle wybitnie. Chociaż całe moje życie można nazwać promieniującym ambicją pod delikatną, aczkolwiek doskonale spełniającą swoją rolę powłoczka lenistwa, po której sprawnie krążą niezwykłe cząstki elementarne pod nazwą "mam wyjebane". Nie ogarniam mojego życia, nie wiem jaki jest dzień tygodnia i która godzina, ale wiem, że gdy robi się ciemno trzeba wyjść pić ze znajomymi a matura jest za półtora tygodnia (że tak zgrabnie stwierdzę: Qu'est-ce, putain?!, czy jakoś tak). Pracy z polskiego nie mam jeszcze napisanej, tak samo jak przeczytanych lektur, ale i tak już wiem co bym powiedziała w pracy, i chociaż nie mam zielonego pojęcia o chociażby powierzchownej fabule mojej literatury przedmiotu, to wnioski, jak i jej przebieg jest mi znany. Co? Nie wiem. Biologia i chemia to pryszcz, z cała pewnością całość materiału przeznaczonego dla rozszerzenia ogarnę w tydzień. No, może półtora. Spokojnie. Co, ja nie W... Hmm... Chyba tutaj jestem zmuszona to przemilczeć ze względów czysto niepoznajcieżetomojeicznych. 

Kolejny akapit rozpocznę faktem, że wciągnął mnie świat gofrów. W swoją otchłań, a dokładniej do miski pełnej ciasta przeznaczonego do wyrobu tegoż deseru. Do tej pory nie mogę się pozbierać, by dokładnie wyczyścić moją bransoletkę, w której "pozostały pozostałości" (taa, idealnie) po mojej przyszłej pracy. Chociaż szczerze powiedziawszy, bardziej troszczymy się o mycie dosłownie WSZYSTKIEGO płynem do szyb aniżeli serwowaniu usług gastronomicznych, czyli lody, gofry i kawy. Spadła jedna jagódka? Pogotowie sprzątające już nadchodzi, najpierw trzeba zamieść, potem wymyć mopem cała podłogę, potem umyć pojemnik z którego ona wypadła oraz blat stołu, bo możliwym jest, że w trakcie swojej podroży przez sekundę miała z nim kontakt. Diamentowe standardy. Ta podłoga bardziej nadawałaby się do konsumpcji niż nasze gofry, bo to w nią wkładamy najwięcej serca. To co, że klienci czekają, podłoga musi być czysta, to co, że ten stolik był myty 4 razy w ciągu 10 minut i nikt jeszcze przy nim nie siedział, masz chwilę? to go umyj, bo szef ciągle patrzy. 

Ja myje on się patrzy, jego wzrok parzyyyyyy.
Ja smażę on się patrzy, jego wzrok parzyyyy.

 Jako, że to ostatnie dni spokoju przed przed-maturalnym stresem wydaje mi się, że powinno być więcej DIY. Początkowo miała to być kosmetyczka, potem zabrałam ja na studniówkę jako kopertówkę, a na dniach dorobię jej pasek i będę bujać się wraz z nią po mieście. Wybaczcie hm, "brudne" zdjęcia, ale ona obłazi dosłownie wszystkim i niemożliwym jest jej perfekcyjne wyczyszczenie, bo już ułamek sekundy po akcie cleanizacji jest... oblaźnięta (nie znam lepszego słowa). Dlatego też, będę ją ubierać tylko wieczorami aby nikt tego faktu spostrzec nie zdołał. I tak będę miała życie tylko wieczorami, więc...







Zwykła, prosta. I jak?

~anythingelse