sobota, stycznia 28

Dzień, w którym skończylo się wszystko.

Chcesz coś napisać, ale wiesz, że nie powinnaś. Chcesz zacząć od nowa, ale gdzieś zgubiłaś wstęp. Twój niewinny scenariusz skrzętnie pisany na kolanie.
To była 7 rano. Cały świat był spowity lekką mgłą która niewinnie kołysała się nad ogrodami działkowymi numer 12. Słońce leniwie otulało korony drzew, tak samo niechętne do pobudki jak Ty sama. W tle rozpływał się obraz opuszczonego prosektorium, z powybijanymi oknami, zmurszałą podłogą i zdewastowanym stołem sekcyjnym w piwnicy. Zdawało by się, że nie chce ono dać o sobie zapomnieć, wieżyczką swą wychylając się poza drzewostany, ale nawet mgła pozornie nie chciała ujawnić jego tajemnic, okrywając go białą otuliną. 
To była 7 rano. Budzik Twój wygrywał są symfonie od przeszło 3 godzin, a Ty jak zaklęta dalej spałaś w zaparte. Drzemka, drzemka, drzemka. Jeszcze tylko chwila, chwila, chwila... Aż w pewnym momencie przestałaś go dostrzegać, zwinnie, w półśnie wyłączając kolejne alarmy.
-Mamo, źle się czuję, nie idę do szkoły.
Ale tutaj nie było mamy. Nie było pełnej lodówki, czekającego, gorącego obiadu, teczki z rachunkami, które się w magiczny sposób same opłacały. Ale miałaś jedno, dziennik. Całe Twoje życie w stercie papieru o gramaturze 100g. A w nim pokreślone rubryczki i pełno komend podkreślonych czerwoną, podwójną linią, z ilością wykrzykników odpowiadającą priorytetowi wykonania danej rzeczy. Projekt, praca, uczelnia, egzamin, rachunki, jedzenie. Jak egzaminy i aspekty związane z pracą były codziennie, sumiennie wykreślane, tak opcja wyposażenia swojej lodówki przepisywana z dnia na dzień, tygodnia na tydzień. Co dzisiaj na śniadanie? hmmm... Mrożone powietrze? Jej, i tak chciałam schudnąć. Na wyposażeniu Twojej kuchni była jedna rzecz, której stan był stale kontrolowany. Magiczny napój bogów, uśmiech i siły życiowe w płynie. KAWA. Oj tak, nie wyobrażałaś sobie życia bez kawy. Mrożona, z mlekiem, cappuccino, kokosowe latte? Nie ważne. Ważne, że kawa. Promyk nadziei w ponury dzień. Jedyny motyw do wstania rano z łóżka. To nie tak, że nie lubiłaś swojego życia, pracy czy zajęć na uczelni. Po prostu bez kofeiny, to wszystko wydało się takie miałkie i w odcieniach szarości. O 7.30 w końcu zwlokłaś się z łóżka strudzona wcale zbawiennym snem i skierowałaś do "kuchni". Szybko włączyłaś czajnik elektryczny i sięgnęłaś po puszkę z kawą, ale... To był dzień w którym Twoje życie straciło sens. W pojemniku nie było kawy...

~anythingelse

niedziela, stycznia 15

O drodze

Biegnę cieniem drogą pisaną. Nierówna powierzchnia chrzęści pod stopami jak miliony mikroskopijnych szkła odłamków. Jeden pas jest przeznaczony mi i nim podąrzać będę. Pod prąd. Wobec wszelkich zasad anarchistycznie niepewna. Zgubna idea jest tym bardziej wpisana w ideał, im szybsze tętno gości w moim krwioobiegu. Mijam miliony nieokreślonych strużek światła, które wbrew mej woli nęcą mnie i delikatną nutą zapraszają. Przeszeptują się natchnione pewnością, że ich pochodzenie jest właściwsze, zmotywowane logicznym skutkiem, stworzone wolą idei. Zwalniam. Nie chcę stanąć, jedynie chwila wytchnienia jest bliższa memu sercu, normowanemu marszu, miarowemu tętnu. Czuje każdą emocję w uderzeniu serca. Słyszę każde słowo w lekkim drganiu. Podążam swoją droga oportunistycznie nastawiona do każdej z myśli i wszystkich zarazem. Znalazlam mój szlak w bezdrożnych stepach. Nuta goryczy wysyca moje tchnienie. Dziesiąty upadek. Co dalej?


~anythingelse

wtorek, stycznia 10

Kolejny epizod o zgubie.

 Prawda jest wyzwoleniem. Tym znaczącym punktem, który mówi stop i start. TY jesteś prawdą. Pomimo, że czasem tego nie dostrzegasz, że chcesz skutecznie zamazać swoje istnienie za szeregowymi pasmami złudzeń. Czemu klamiesz? Dlaczego bycie swoją własną kłodą, którą rzucasz  swoim celom pod stopy jest Ci tak znane? Może już bliskie? A może to przyzwyczajenie. Przywyknięcie do problemu, do bycia swoją przeszkodą. Antagonem, działań, marzeń. Dualizmem idei.  Próbą zaprzeczenia sobie. Rozdarciem emocji. Smutkiem rozlanym perlistym śmiechem. Ostoją niepokoju. Sielanką chaosu. Znowu gubisz się na prostej ścieżce. Nie wiesz dokąd dalej podążać masz. Do przodu czy w tył. A może stanąc w miejscu? Dać się zabić zaprzeczeniu. Zapuścić korzenie pomiędzy jednym a drugim brzegiem swojej świadomości. Kolejny konflikt złudzeń na wzburzonym morzu zamkniętym w kropli niepewności. Tak stabilnej i silnej jako całość. Której struktury, pozornie,  zaburzenie nie jest wykonalne.  Ale może Ty ją złamiesz? Nadasz jej kształt opatrzności bezlęku. I wygrasz. Kolejny raz. Tak, jak jakiś czas temu i kolejne dwa czasy temu, trzy, cztery, pięć... Czy nie chcesz wygrać? Dać się wpoić w ścieżkę z widocznym drogowskazem?

Czas to zmienić. Wszystko.

~anythingelse