sobota, stycznia 28

Dzień, w którym skończylo się wszystko.

Chcesz coś napisać, ale wiesz, że nie powinnaś. Chcesz zacząć od nowa, ale gdzieś zgubiłaś wstęp. Twój niewinny scenariusz skrzętnie pisany na kolanie.
To była 7 rano. Cały świat był spowity lekką mgłą która niewinnie kołysała się nad ogrodami działkowymi numer 12. Słońce leniwie otulało korony drzew, tak samo niechętne do pobudki jak Ty sama. W tle rozpływał się obraz opuszczonego prosektorium, z powybijanymi oknami, zmurszałą podłogą i zdewastowanym stołem sekcyjnym w piwnicy. Zdawało by się, że nie chce ono dać o sobie zapomnieć, wieżyczką swą wychylając się poza drzewostany, ale nawet mgła pozornie nie chciała ujawnić jego tajemnic, okrywając go białą otuliną. 
To była 7 rano. Budzik Twój wygrywał są symfonie od przeszło 3 godzin, a Ty jak zaklęta dalej spałaś w zaparte. Drzemka, drzemka, drzemka. Jeszcze tylko chwila, chwila, chwila... Aż w pewnym momencie przestałaś go dostrzegać, zwinnie, w półśnie wyłączając kolejne alarmy.
-Mamo, źle się czuję, nie idę do szkoły.
Ale tutaj nie było mamy. Nie było pełnej lodówki, czekającego, gorącego obiadu, teczki z rachunkami, które się w magiczny sposób same opłacały. Ale miałaś jedno, dziennik. Całe Twoje życie w stercie papieru o gramaturze 100g. A w nim pokreślone rubryczki i pełno komend podkreślonych czerwoną, podwójną linią, z ilością wykrzykników odpowiadającą priorytetowi wykonania danej rzeczy. Projekt, praca, uczelnia, egzamin, rachunki, jedzenie. Jak egzaminy i aspekty związane z pracą były codziennie, sumiennie wykreślane, tak opcja wyposażenia swojej lodówki przepisywana z dnia na dzień, tygodnia na tydzień. Co dzisiaj na śniadanie? hmmm... Mrożone powietrze? Jej, i tak chciałam schudnąć. Na wyposażeniu Twojej kuchni była jedna rzecz, której stan był stale kontrolowany. Magiczny napój bogów, uśmiech i siły życiowe w płynie. KAWA. Oj tak, nie wyobrażałaś sobie życia bez kawy. Mrożona, z mlekiem, cappuccino, kokosowe latte? Nie ważne. Ważne, że kawa. Promyk nadziei w ponury dzień. Jedyny motyw do wstania rano z łóżka. To nie tak, że nie lubiłaś swojego życia, pracy czy zajęć na uczelni. Po prostu bez kofeiny, to wszystko wydało się takie miałkie i w odcieniach szarości. O 7.30 w końcu zwlokłaś się z łóżka strudzona wcale zbawiennym snem i skierowałaś do "kuchni". Szybko włączyłaś czajnik elektryczny i sięgnęłaś po puszkę z kawą, ale... To był dzień w którym Twoje życie straciło sens. W pojemniku nie było kawy...

~anythingelse

niedziela, stycznia 15

O drodze

Biegnę cieniem drogą pisaną. Nierówna powierzchnia chrzęści pod stopami jak miliony mikroskopijnych szkła odłamków. Jeden pas jest przeznaczony mi i nim podąrzać będę. Pod prąd. Wobec wszelkich zasad anarchistycznie niepewna. Zgubna idea jest tym bardziej wpisana w ideał, im szybsze tętno gości w moim krwioobiegu. Mijam miliony nieokreślonych strużek światła, które wbrew mej woli nęcą mnie i delikatną nutą zapraszają. Przeszeptują się natchnione pewnością, że ich pochodzenie jest właściwsze, zmotywowane logicznym skutkiem, stworzone wolą idei. Zwalniam. Nie chcę stanąć, jedynie chwila wytchnienia jest bliższa memu sercu, normowanemu marszu, miarowemu tętnu. Czuje każdą emocję w uderzeniu serca. Słyszę każde słowo w lekkim drganiu. Podążam swoją droga oportunistycznie nastawiona do każdej z myśli i wszystkich zarazem. Znalazlam mój szlak w bezdrożnych stepach. Nuta goryczy wysyca moje tchnienie. Dziesiąty upadek. Co dalej?


~anythingelse

wtorek, stycznia 10

Kolejny epizod o zgubie.

 Prawda jest wyzwoleniem. Tym znaczącym punktem, który mówi stop i start. TY jesteś prawdą. Pomimo, że czasem tego nie dostrzegasz, że chcesz skutecznie zamazać swoje istnienie za szeregowymi pasmami złudzeń. Czemu klamiesz? Dlaczego bycie swoją własną kłodą, którą rzucasz  swoim celom pod stopy jest Ci tak znane? Może już bliskie? A może to przyzwyczajenie. Przywyknięcie do problemu, do bycia swoją przeszkodą. Antagonem, działań, marzeń. Dualizmem idei.  Próbą zaprzeczenia sobie. Rozdarciem emocji. Smutkiem rozlanym perlistym śmiechem. Ostoją niepokoju. Sielanką chaosu. Znowu gubisz się na prostej ścieżce. Nie wiesz dokąd dalej podążać masz. Do przodu czy w tył. A może stanąc w miejscu? Dać się zabić zaprzeczeniu. Zapuścić korzenie pomiędzy jednym a drugim brzegiem swojej świadomości. Kolejny konflikt złudzeń na wzburzonym morzu zamkniętym w kropli niepewności. Tak stabilnej i silnej jako całość. Której struktury, pozornie,  zaburzenie nie jest wykonalne.  Ale może Ty ją złamiesz? Nadasz jej kształt opatrzności bezlęku. I wygrasz. Kolejny raz. Tak, jak jakiś czas temu i kolejne dwa czasy temu, trzy, cztery, pięć... Czy nie chcesz wygrać? Dać się wpoić w ścieżkę z widocznym drogowskazem?

Czas to zmienić. Wszystko.

~anythingelse

poniedziałek, grudnia 28

Odgrzebując post w wersji roboczej vol.1

Jakiś czas temu na facebooku zaczęła krążyć akcja 100 dni szczęścia. Oczywiście, nie byłabym sobą, gdybym tego nie przespała i nie postanowiła zabrać się za spisanie moich przemyśleń wtedy, gdy już nikt o tym nie pamięta. Ale czy nasze życie jest wystarczająco usłane różami, abyśmy mogli podjąć to wyzwanie? Niektórzy wręcz niezwykle swoimi statusami na najpopularniejszym serwisie spolecznościowym udowadniają nam, że ich życie to wieczna męczarnia. Jednego dnia są chorzy, następnego smutni, a trzeciego dnia ich miłość życia (co z tego, że z reguły 16-18-letniego) nie odpisala na smsa przez ponad pół godziny! Jest to wręcz idealna okazja by wyrzucić wszystkie toksyczne emocje które się w nas kłębią na facebookowego wall'a. Niech wiedzą, jak nam jest w zyciu ciężko, jak cierpimy i jaką nizwykłą walkę ze światem codziennie musimy staczać. Jeżeli nikt nie polubi albo skomentuje naszego nasączonego frustracją, depresją i samobójstwem posta, będziemy mieli kolejny powód do płaczu na profilu. Prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie, a gdy mnie dopada smutek oni sie odsuwają. To, że nie polajkują mojego postu oznacza, ze mają mnie w dupie! Life ys kutas!

Już nie pamiętam ile razy słyszałam Ale z Ciebie farciara! Ty to masz zawsze szczęście! Jak to robisz, że zawsze Ci się wszystko udaje?! Zlamałam nogę, wylali mnie z pracy, nie miałam pieniędzy na jedzenie, prawie wylali mnie ze studiow za owe złamanie, poprzez bestialskie eguły wrócenie do gry prawie znowu znalazłam się w szpitalu poprzez wycieńczenie organizmu, mam w pełni niesprawną stopę, nie moge przejść kilometra bez bólu nie używając kul, czeka mnie operacja glowy. Ale...
tak, chyba jestem szczęściarą. Dzięki temu moglam podszlifowac angielski zarówno strikte naukowy jak i słuszący zwykłej, prostej komunikacji, wzmocnilam ręce- chodzenie o kulach, najbanalniej w zyciu zarobiłam tysiąc złotych, dzięki gipsowi nawiązałam współpracę z włoskim fotografem, w wolnych chwilach pracuję nad pracą naukową, kto wie, może nada się do publikacji w naukowym magazynie, a przy pierwszym w pełni normalnym kroku bez kul praktycznie się popłakałam.  Pomimo tego, co można by nazwać w istocie niezbyt szczęśliwymi wydarzeniami, ja uważam, że nie mam na co narzekać. Kolejny raz sobie poradzilam, kolejny raz wykazałam się siła i kreatywnością. Kolejny raz jestem w pełni zadowolona, kolejny raz, myśląc o tym czu ję się szczęśliwa i w pełni usatysfakcjonowana, że nawet wypadek udało mi sie pozytywnie wykorzystać.

Czemu płaczecie nad rozlanym mlekiem?
Czemu nie cieszycie się, że Wasza ulubiona szklanka nie potłukla się.
Czemu Wasze podejście jest takie bez sensu?

100 happy days

#1
 Pierwszy krok bez kul, bez bólu, bez zachwiania sylwetki. Pierwszy krok jak w pełni sprawna osoba. Szklanka w oczach ze szczęscia.
#2
SZczęście, to taniec w klubie z gipsem na nodze, gdzie ludzie są niezwykle zdziwieni gdy schodzę z parkietu i widzą, że kuleję, twierdzą, że nigdy by nie powiedzieli, że coś może4 być z moją nogą nie tak patrząc na mój taniec. A chyba super szczęściem jest tańczyć z gipsem na nodze lepiej niż 90% klubowiczów.
#3
Udalo mi się lekko ruszyć stopą. Po zdjęciu gipsu byla zupelnie niewładna. Niesamowita ulga i szczęście.
#4
 Mam jutro dwa kolokwia. Wpadło z 20 znajomych. Wiadomo, że zawsze w takiej sytuacji krzyczę, żę ich wszystkich nienawidzę. Rutyna. Ale naprawdę milo było ich widzieć, może nawet za taką cenę? W końcu bez spiny, są przecież 10-te terminy.
#5
Włoski fotograf chce kupić ode mnie zdjęcia, z gipsem. Robi duży projekt. Nie dość, że w końcu będę miala na jedzenie to jeszcze będę miała udział w większym projekcie. w czepku urodzona
#6
Usiadlam na murku, bo źle postawiłam stopę i czulam straszny ból. Rozpoczęłam rozmowę z jednym biznesmanem, praca home office, najpierw kieszonkowe, potem większe zyski, wlasna działalność. Dzięki nogo, że mnie tak bolisz!
#7
Szczęście to mieć święty spokój w mieszkaniu gdy przychodzisz sturany po uczelni, rehabilitacji i basenie.
#8
Szczęście to mieć pół ulubionego soku, gdy w nocy napadnie Cię pragnienie.

Coś więcej?
Nie.

~anythingelseee

A ja sobie mną

Coś mnie tknęło.
Zaczęłam czytać swoje poprzednie posty i stwierdziłam, że czuję się tak spokojna jak wtedy, więc mogę pisać.
 I znowu kłamię. Nie śmiałabym nazwać tego stanem harmonii, może prozaicznej równowagi, śmiesznego opanowania, gdy cała Twoja wola wywraca do góry nogami wszystkie odczucia jak i emocje. Tak, to jest dobry moment.

Powiedzcie co u Was? Jesteście? Tęskniliście? Halo? Halo... 
No właśnie...

Mogłabym stwierdzić, że nic się nie zmieniło. Może prócz setek przygód, podjętych wyzwań, godzin śmiechu i trwogi. To nie jest dobry aspekt. Znowu się nie udało. W jakiś sposób ten blog dawał mi mistyczne wytchnienie w okresie, kiedy jeszcze wierzyłam, a jak wiadomo, na starość coraz trudniej się zmienić ;) Podobno, charakter człowieka ulega zmianie, uśredniając, co 7 lat. Chyba nadszedł ten czas. Ale kim ja teraz mogę być? Byłam już nieśmiała i bezpośrednia, pewna siebie i bez poczucia własnej wartości, gadatliwa, wygadana i cicha, miła i ciesząca się opinią suki. Kim mogę być jeszcze? Chyba tylko większą zołzą, która idzie twardo po swoje, nie patrzy się wstecz, z zimnym wyrachowaniem krocząca po swoje marzenia. Hmmm... Chyba potrzebuję większej szafy by pomieścić w niej nowy zapas trupów. Ale, czy to jest mój świat? A może ktoś zabawia się tym jednym istnieniem wpisując przypadkowe komendy w swoim centrum sterowania szarą rzeczywistością. 

Zaczęłam pisać wiersze. Znowu się zgubiłam. Pomimo, że na tej mojej ścieżce, poprzez całą jej ciągłość był usłany drut kolczasty. W jakimś momencie puściłam się biegiem. Stopy przyzwyczaiły się do bólu. Póżniej już nic nie czułam. Nie spostrzegłam tej miękkości pod moimi stopami. Niemożności wykonania trywialnego ruchu, wykonania susu. Znowu zboczyłąm z trasy na rzecz bagna mentalności. 
Jestem głodna. Są święta. Wolno mi.
Nieprawda.
Chcę wrócić do zycia, pragnę zwykłej celebracji każdej sekundy, nie chcę rozpaczać jak szybko czas zanika, umyka, spieprza z zaciśniętych pięści. Chcę się chwalić jak mi jest dobrze, a nie jak mogłoby być. 
Gdybyście nie spotkali- nie wiedzielibyście tego. O nie. Rozklekotana pod względem mentalnym nastolatka, która nie wie co ma zrobić z życiem. Nie. Nieprawda. Stwierdzilibyście, że moje życie jest pasmem wielkich powodzeń. Ale ja jestem nader ambitna. A ludzie dostrzegają tylko to, co człowiekowi wychodzi, by później móc z tego szydzić. Nie jestem tym kim jestem tutaj, nie mogę być tym kimś tam, tym zlepkiem stuknięć w klawiaturę. Jestem tym, kogo nie znacie i nigdy Wam o tym nie opowiem. Jakaś diagnoza doktorze? Czas na kolejne leki? Doktorze...

~anythingelseee

niedziela, lutego 1

Nie czytajcie tego!

Trzy i pół historii. Jedna czwarta człowieka. Pół roku i sterta żalu. Kilka skrzyń niedowierzania i cały kontener pretensji. 

Czy ludzie się zmieniają? Mam nadzieję. Nie umiem już być sobą w najlepszej swojej odsłonie. Sklepienie rzeczywistości coraz bardziej się obniża, moją glowę dzieli od niego doslownie kilka centymetrów. Kiedy zabraknie przestrzeni? Ki edy mój wlasny świat, prywatne królestwo uwięzi mnie w... klatce? skrzyni? grobowcu?... Kiedy się poddam? 

Ten wpis ma mieć watrość motywacyjną. Nie tylko dla mnie (chociaż w głównej mierze o to chodzi), ale może i ktoś z was zaczerpnie z tego pewną radę. Nie trać życie, nie uciekaj, wyzbądź się strachu, bądź sobą. Taaak, bądź sobą, z tego już niewielki krok do bycia kimś.

Wszystko się wali. Pomalutku, małymi kroczkami, powodując, że całkowicie zaczynam wątpić w siebie. 

PRACA
Na początku było świetnie. Pracowalam w jednym z droższych sklepów w centrum handlowym. Na wyplatę nie mogłam narzekać, całkowicie spełniała moje oczekiwania, nawet nad wyraz to robila. Załoga też byla fajna, szefowa po krótkim czasie zaczęła doceniać mnie i moje wyniki. Lubiłam to co robiłam. Mialam dobry kontakt z ludźmi i poczucie, że serio mogę pomóc. Zwracali się do mnie ludzie, którzy chcieli coś w sobie zmienić, niektórzy nieśmiało twierdzili, że wraz z nowym wyglądem chcieliby zyskać odrobinę więcej pewności siebie. Pomagalam. Dobierałam im ubrania, w których na prawdę wyglądali dobrze i motywowalam w krótkich rozmowach przed przymieżalnią między donoszeniem kolejnych modeli. Wychodzili uśmiechnięci. Wracali. I zawsze tylko do mnie. To było miłe, że ktoś mnie docenia. 
Ale potem zmienił się właściciel. Niby moja pozycja była bezpieczna. Zagwarantowal on naszej byłej szefowej, że ekipa się nie zmieni. Przynajmniej przez 3 miesiące. Już na rozmowie kwalifikacyjnej stwierdził, że zwyczajnie mu nie pasuję i moja obecność w tym sklepie jest zbędna. Z ironicznym uśmieszkiem dodal, że żałuje zlożonej obietnicy odnośnie 3 miesięcy ochrony. Mial do mnie zbyt wiele nieuzasadnionych pretensji, bez poparcia faktami, prawda. Zaczęły się docinki na mój temat. Po dwóch dniach przeniósl mnie na obrzeża miasta. Półtorej godziny przed pracą musiałam wyjść z domu. Tyle samo zajmowal mi powrót. Jakiś problem? Ja żadnego nie widzę. Jako, że system pracy był dwa na dwa, każda z nas miala do przepracowania 16 dni w miesiącu. Ile u mnie łacznie to wynosiło? Dziesięć dni i jedna godzina. Wypłata miała być liczona od utargu. Nie jestem w stanie zgromadzić porównywalnej do reszty personelu ilości sprzedanych rzeczy, gdy brakuje mi prawie tygodnia pracy. I tak byłam dobra. Brakowalo mi niewielkiej sumy do dorównania "najslabszemu ogniwu" pomimo deficytu godzin. Wyszlo na to, że jestem najgorsza, nie umiem sprzedawać i konsekwentnie trzeba mnie się pozbyć. Jej, poprzednia ekipa otrzymała umowy próbne 3miesięczne, ja na okres niespełna miesiąca. Były w niej błędy w nazwisku, adresie i niewpisana stawka. Nie robię tego charytatywnie. Na szczęście "pensja", chociaz powinnam to nazwac groszami, zostala wyliczona prawidłowo. O nieprzedłużeniu umowy dowiedziałam się minutę przed zamknięciem sklepu w Wigilię. Dziękuję. 

Do tej pory nie znalazłam pracy. Nie mam pieniędzy na jedzenie. Odlożylam sobie tylko kwotę by opłacić najem. Mam bardzo dobre CV, doświadczenie, jestem ambitna, pracowita, w pracę zawsze wkładam cała siebie, głupia też nie jestem, do tego posiadam dobrą prezencję. Umiem się wysławiać, być kulturalna i spokojnie rozwiązać każdy problem. Nikt mnie nie chce. 

STUDIA

to był przypadek, że jestem tu gdzie jestem. Przyszła pani mikrobiolog. Ten rok chcialam spędzić pracując i przyszykowując się do poprawy matury. Marzy mi się medycyna. Nikt nie chciał zatrudniać osób bez statusu studenta. Zapisalam się na nabór dodatkowy. Zlożyłam papiery dylko dlatego by mnie zatrudnili gdziekolwiek. I tak się stało. Jednakże, w końcu stwierdziłam, że zalezy mi na tych studiach. Dostalam się na kierunek, szkoda zmarnowac ten rok. Da mi on dobre przygotowanie na upragnioną medycynę i licencjat. Jeżeli jednak nie dostanę się na Uniwersytet Medyczny, zawsze zostaje mi zrobienie magisterki z kryminalistyki i pracowanie w zawodzie podobnym do wymarzonego. Uczyłam się,chodziłam na wykłady i ćwiczenia w miarę możliwości, bo przeciez praca, cały etat, wiadomo. Z wykładowcami ustaliłam, że będe odrabiać opuszczone zajęcia. Zrozumieli moją sytuację.  Wszystko szło ok. Zbierałam bardzo dobre oceny, dostawalam pochwały na laborkach.
Jestem nieklasyfikowana z trzech przedmiotów. Deficyt punktów:18. Maksymalny dozwolony:10. 
Mój były szef miał chwile rzekomej dobroci pomiedzy ironicznymi spojrzeniami skierowanymi w moim kierunku. Będę dobrym wujkiem, napisz mi swój plan zajęć, to dobierzemy Ci grafik tak, abyś nie opuszczala za dużo zajęć, przecież niedługo sesja. Szkoda by było, gdybyś zmarnowala ten rok. Jasne, ciągle słyszalam, komentarze, że "u nas dziewczyny nie studiują". Oczywiście, jedna robiła magistra, druga licencjat, a reszta uczyła się równiez dziennie bądź zaocznie. Tylko jedna nie miała statusu studenta. Pokazałam plan zajęć. Wypisalam też terminy egzaminów i zaliczeń. Nie byłam na jednym kolokwium, drugim, kolejno opuszalam kazdy wyznaczony przez wykładowcę termin. Praca. Pani doktor, nie mogłam, akurat musiłam się stawić na te 5 godzin w pracy, w czasie kiedy bylo kolokwium... Wiem, że to brzmi nieprawdopodobnie, ale...
Pod koniec grudnia spędzałam w łazience w pracy przeszło godzine dziennie. Wychodziłam zwymiotowac sobie krwią i wrócić na teren sklepu.


ZDROWIE

Nigdy nie byłam okazem zdrowia, ale to raczej nieistotne. Potem się zahartowalam. Nie łapalo mnie żadne przeziębienie, zapomniałam co to ból gardła. Potem szpital. Jeden raz, drugi, trzeci, pogotowie ratunkowe przywozilo mnie z 10 razy na oddzial. Trzy i pół roku. Coraz gorzej. Diagnoza: stres. Wsadźcie ją sobie w dupę, że tak kolokwialnie się wyrażę. Potem nastąpiła era migren. Tracę wzrok na piętnaście minut do pół godziny. Bół paraliżuje wszystkie mięśnie i ogranicza zdolnośc wymiany gazowej. Zawsze gdy przychodzi, wyję jak zranione zwierzę, czasem krzyczę. Czuję jakbym odchodziła z tego świata. Zawsze tego pragnę, gdy nadchodzi ten czas. No i wymiotowanie krwią. Norma. Dlatego pogotowie tyle razy zbieralo mnie z ulicy. Zakrwiony worek kości i mięsa kulący się na ziemi i wyjący tak, jakby przeżywał najgorsze katusze świata. Dostałam leki. pomagały. Powodowały lekką bezsennośc, ale bol nie był tak silny. Nikt się nie pokwapił, by wypisać skierowanie na rezonans magnetyczny. Po co, skoro leki pomagają. A jak jest ulga, oznacza to, że diagnoza jest trafna. Migreny ze światlowstrętem. Ostatnio leki przestały działać. Całkowicie przestałam chodzić na zajęcia, bo nie byłam w stanie. Funkcjonowanie w świecie nie wchodziło w grę. Chociazby tak byle jak, aby być. O nie. Kilka dni temu zemdlałam przed wejściem na uczelnię. Przed dwoma egzaminami ostatniej szansy. Pól poradził moje ciało i utonęłam. Ten sam ból mnie ocucił. Pogotowie bylo już wezwane. Wiłam się i krzyczałam leżac na chodniku. Niemiałam siły oddychać. Utonęłam jeszcze dwa razy. Za każdym razem wybudzał mnie ból. Dostałam podwójną dawkę przeciwbólowych. Po czterech godzinach katorgi w końcu pomogły. Wszystkie badania jak najbardziej w normie. Brak podstaw do hospitalizacji. Otrzymałam w końcu skierowanie na rezonans. Pół roku. Najbardziej prawdopodobny wydaje mi się zakrzep. To tylko zakrzep. Mikrouszkodzenia w mózgu spowodowanie ciągłymi wypadkami, potrąceniami, uszkodzeniami glowy. To brzmi logicznie. Jak na razie: cierp. 
Wykładowcy nie chcą uznać mojego wypisu ze szpitala. Twierdzą, że to była moja ostatnia szansa. Nie podjęłam się jej. Nie interesuje ich, że nie pojawiłam się na egzaminie z premedutacją. Zemdlałam przed samym wejściem uczelni. Dziesięc minut przed pierwszym egzaminem. 

MIŁOŚĆ

Nigdy nie miałam w niej szczęścia. Jestem suką, wiem. Ironiczna, chamska i pewna siebie. Wiem, że przyciągam spojrzenia męzczyzn. Wiem, że się za mną oglądają, albo kierują ukradkowe spojrzenia w moim kierunku gdy jesteśmy w pubie, na baletach, w knajpce. Nigdy się nie zakochałam, nigdy nie poczułam chociażby iskierki. Tej najmniejszej, Tego okruszka popiołu spadającego z ostatniego papierosa na jakiego mnie bylo stać. Od przeszlo roku nikogo nie poznalam, od tego też czasu nie byłam na randce. Każdy męzczyzna który postanowił, że chce mnie poznać okazywał się, autentycznie i dosadnie stwierdzając, kompletnym idiotą. W drastycznym stopniu. Nie oczekuję super wykształconego chlopaka, który zawstydza wszystkich elokwencją i znajomością całego slownika synonimów. Chcę kogoś, z który mogłabym porozmawiał na normalne tematy. Który nie posiada jednej aspiracji zyciowej, która polega na piciu browara na ławce pod blokiem i spuszczaniu wpierdolu. Chcę z kimś pogadać o normalnych sprawach, czasem polityce, sporcie, najnowszej płycie ulubionego rapera. Powygłupiać się czasem. Nie mam wielkich wymagań. Mam wielu kolegów. Czy to coś zmienia w bieżącej sytuacji? Znam ich już chyba z dobrych kilka lat. Z czasów, kiedy wszystko inaczej wyglądało. Nie jestem fochliwą księżniczką. Gdy jestem na kogoś zdenerwowana zawsze wyjaśniam daną sytuację, dokładnie, poprzez podanie faktów, które mogły mnie zranić i motywów mojego zdenerwowania. Nigdy nie znikam obrażona. Pomimo, że jestem suką, ludzie dla mnie bliscy są najważniejsi. Gdy mają problem zawsze pomogą, mogę rzucić wszystko, by zjawić się u nich i pogadać. Jeśli nie leżę na oddziele ratunkowym w danej chwili. Wiem, że jestem suką, ale przynajmniej lojalną  chamską suką.

Jestem świadoma swoich zalet i wad. Zawsze jestem fair w stosunku do ludzi, którzy również to wykazują. 

Nie mam pieniędzy na jedzenie. Nie mam pracy. Zawaliłam studia. Nie mam na nic siły, z dnia na dzień czuję się coraz gorzej. Nie mam nikogo, kto przytuli mnie naprawdę. 

Co mi zostało? Kilogram ziemniaków w szafce, jeden pomidor, kawa, ostatnia paczka papierosów, zeszyt z notatkami, resztka honoru i moje święte zasady. 

Co zamierzam zrobić? Znaleźć pracę, walczyć o studia, pozostać sobą i dalej kierować się optymizmem. Zawsze moglo być gorzej. Zawsze. Teraz czas by bylo lepiej. 


Obecnie mam 20 lat. To nie jest cala moja historia. 
PS. Nie chcialo mi się poprawiać błędów w pisowni. Musze teraz ratować studia, więc fanatycy bezbłędnej pisowni: zlinczujcie mnie za brak polskich znaków, ja dalej będę się czuła usprawiedliwiona.

~anythingelseeee

niedziela, czerwca 22

Nie wiem nic

Zbyt często mam wrażenie, że śnię. Czas przelatuje mi miedzy palcami, a ja nie moge powstrzymać tego procesu. Procesu starzenia się? Cóż, nie uważam, abym była jedna noga w grobie, ale chyba muszę przyznać sobie rację. Zasługujesz na brawa. Klask.
Czy to bajka czy sen
choć nie mogę to chcę
kiedyś dowiedzieć się,
czy jestem fikcją czy nie.
Alkohole, melanże i wyjebywanie foteli na balkon w domu pani Anitki. Czego chcieć więcej? Czasem nie wierzę w to wszystko. Cóż, jestem człowiekiem małej wiary, fanka swojej własnej religii, filozofii świata. Życie się kończy, zaczyna na nowo i tak w kołko i w kołko. Podczas jednego zycia umierasz i naradzasz sie tysiac razy, kazda decyzja zmienia scenariusz Twojego losu, kreuje nowy dokument o Tobie. Masz miliardy zyć, ale o tym nie wiesz. Ciiiiiii. Masz szansę naprawdę zyć, ale nigdy przecież tego nie usłyszysz nawet od samego siebie, a co dopiero od innych. Nie. Ja Ci wcale o tym nie mówiłam. To tylko sen. 
Zycie jest ironią. W tym sezonie byłam juz zatrudniona w 5 miejscach. A jeszcze nawet sezon się nie rozpoczął? No właśnie. Czy żałuje czy nie to kwestia sporna, która aktualnie, uzywając kolokwialnego zwrotu, pierdolę. Popłaczę sobie jak znajde czas po pracy. Czy narzekam? Nie wiem. Bawie sie zabawkami, piłeczkami, gumowymi pająkami, tańczę z parasolka przed sklepem, skacze do muzyki rozdając numerki do przymierzalni. Ciekawa jestem opinii innych o mojej osobie. Ciekawa jestem jak ludzie postrzegają taki twór jakim jest moja osobowość. Latam, latam, latam. Ciekawa jestem jak to jest mieć taki ograniczony światopogląd jaki oni posiadają. Ciekawa jestem jak to jest siedzieć w czyimś odbycie by przypodobać sie tej osobie. Ciekawe. No właśnie, ciekawe.
Wszystko sie powywracało. Wszystko. Co? No właśnie. 

~anythingelse

środa, kwietnia 23

DIY#20 Black handbag with gold beads.

Ostatnio mogę stwierdzić, że lenię się niezwykle wybitnie. Chociaż całe moje życie można nazwać promieniującym ambicją pod delikatną, aczkolwiek doskonale spełniającą swoją rolę powłoczka lenistwa, po której sprawnie krążą niezwykłe cząstki elementarne pod nazwą "mam wyjebane". Nie ogarniam mojego życia, nie wiem jaki jest dzień tygodnia i która godzina, ale wiem, że gdy robi się ciemno trzeba wyjść pić ze znajomymi a matura jest za półtora tygodnia (że tak zgrabnie stwierdzę: Qu'est-ce, putain?!, czy jakoś tak). Pracy z polskiego nie mam jeszcze napisanej, tak samo jak przeczytanych lektur, ale i tak już wiem co bym powiedziała w pracy, i chociaż nie mam zielonego pojęcia o chociażby powierzchownej fabule mojej literatury przedmiotu, to wnioski, jak i jej przebieg jest mi znany. Co? Nie wiem. Biologia i chemia to pryszcz, z cała pewnością całość materiału przeznaczonego dla rozszerzenia ogarnę w tydzień. No, może półtora. Spokojnie. Co, ja nie W... Hmm... Chyba tutaj jestem zmuszona to przemilczeć ze względów czysto niepoznajcieżetomojeicznych. 

Kolejny akapit rozpocznę faktem, że wciągnął mnie świat gofrów. W swoją otchłań, a dokładniej do miski pełnej ciasta przeznaczonego do wyrobu tegoż deseru. Do tej pory nie mogę się pozbierać, by dokładnie wyczyścić moją bransoletkę, w której "pozostały pozostałości" (taa, idealnie) po mojej przyszłej pracy. Chociaż szczerze powiedziawszy, bardziej troszczymy się o mycie dosłownie WSZYSTKIEGO płynem do szyb aniżeli serwowaniu usług gastronomicznych, czyli lody, gofry i kawy. Spadła jedna jagódka? Pogotowie sprzątające już nadchodzi, najpierw trzeba zamieść, potem wymyć mopem cała podłogę, potem umyć pojemnik z którego ona wypadła oraz blat stołu, bo możliwym jest, że w trakcie swojej podroży przez sekundę miała z nim kontakt. Diamentowe standardy. Ta podłoga bardziej nadawałaby się do konsumpcji niż nasze gofry, bo to w nią wkładamy najwięcej serca. To co, że klienci czekają, podłoga musi być czysta, to co, że ten stolik był myty 4 razy w ciągu 10 minut i nikt jeszcze przy nim nie siedział, masz chwilę? to go umyj, bo szef ciągle patrzy. 

Ja myje on się patrzy, jego wzrok parzyyyyyy.
Ja smażę on się patrzy, jego wzrok parzyyyy.

 Jako, że to ostatnie dni spokoju przed przed-maturalnym stresem wydaje mi się, że powinno być więcej DIY. Początkowo miała to być kosmetyczka, potem zabrałam ja na studniówkę jako kopertówkę, a na dniach dorobię jej pasek i będę bujać się wraz z nią po mieście. Wybaczcie hm, "brudne" zdjęcia, ale ona obłazi dosłownie wszystkim i niemożliwym jest jej perfekcyjne wyczyszczenie, bo już ułamek sekundy po akcie cleanizacji jest... oblaźnięta (nie znam lepszego słowa). Dlatego też, będę ją ubierać tylko wieczorami aby nikt tego faktu spostrzec nie zdołał. I tak będę miała życie tylko wieczorami, więc...







Zwykła, prosta. I jak?

~anythingelse

piątek, stycznia 10

Czy się uda?




Przez pewien okres czasu myślałam, że jestem osobą, która już zdobyła określenie swojego istnienia. Jednak ciągle pozostawało to niepełne, bezwładnie porzucone w przestrzeni, pełne strachu, obfitujące w niemoc a zarazem nieopisane pragnienie określenia. Myśląc o ogółach całkowicie zostało zatracone postrzeganie szczegółów. Ta powaga postawienia kropki nad "i" została zsunięta na tor boczny, gdzie czekała na zainteresowanie. Od czasu kiedy mój sposób myślenia opierał się na jak  najzgrabniejszym wykaligrafowaniu tegoż spojnika szczyt góry ku któremu podążam określał się znakiem zapytania. Nie wiadomo było gdzie jest i jaka stromością się on charakteryzuje. więc jak mamy dążyć do czegoś, do wspięcia się na mistyczną górę, dosięgnięci szczytu, skoro nieopisane zostało czy dany wierzchołek istnieje. Nie musza go pokazywać na fotografiach, nie musi być zawarty na żadnej z map, lecz to jego miejsce w naszym sercu ma największe znaczenie, to czy potrafimy w niego uwierzyć, dosięgnąć go oczami wyobraźni, namalować, stworzyć, wyrzeźbić, pchnąć go ku istnieniu. Na to chyba przyszedł najbliższy czas. To jest najwłaściwszy moment by wyzbyć się wszystkiego co zbędne, obaw, strachu, mar przeszłości i pozostawić w umyśle surową wersję idei dosięgnięcia naszego własnego szczytu, która przy odpowiedniej pielęgnacji stanie się bardziej wartościowa niż diament. 

ja nie poddam się na stracie
całe życie płynęliśmy jak na fali tak na farcie


Nowy rok przygotował dla mnie prawdziwą ekspansję przeszkód. I tym razem patologicznych odprysków skutków nie da rady zamalować jedna warstwą szarej farby pozornej normalności. 



Jak się jebie, to wszystko

i gdzie jest wtedy zdrowy rozum. 


W końcu zrodził się u mnie motyw do znalezienia tej kropki nad "i". Przyznam, że poniekąd było to za sprawą jednego z blogów, na którego ostatnio natrafiłam.Nie będę się rozwodzić więcej na ten  temat, chociaż zachęcam do odwiedzenia.



Link podaję Wam tutaj: 





Jeżeli chcecie się przyjrzeć problemowi prokrascynacji z bardziej naukowej strony czy dowiedzieć się jak zwiększyć motywację i pewność siebie musicie koniecznie odwiedzić ten kanał:




Mam świadomość, że większość ludzi boryka się z brakiem motywacji, niewiarą we własne siły. Myślę, że ten film powinien Wam uzmysłowić coś niezwykle ważnego. Jest on naprawdę warty uwagi i myślę, że te 20 minut będzie jednymi z tych lepiej zainwestowanych. 



+ na koniec




~anything else

wtorek, listopada 26

DIY#19 18th birthday gift

Znowu czuję się jakbym szybowała w niebycie. W chaosie nie da się myśleć, chaos jest zaprzeczeniem wszelkich zasad, wszelkiego bytu. Chaosu trzeba się pozbyć. Lecz czy da rade to zrobić, jeżeli zarówno to co nas otacza jak i my sami jesteśmy definicją chaosu. Czy mamy się pozbyć sami siebie? Czy lepiej jest starać się zniwelować chaos zawarty w naszym otoczeniu by potem prowadzić walkę z samym sobą?
Trzeba posprzątać w pokoju. Wywaliłam wszystkie rzeczy z szafy na podłogę. Tego było za dużo, by móc się tego podjąć. Najrozsądniejszą rzeczą było iść zapalić, kolejno- zatopić się w objęcia morfeusza. Po trzech godzinach wcale zbawiennego snu nękały mnie myśli poczucia winy, czułam silna motywację by coś z tym zrobić i wiedziałam, że apogeum motywu pomocy samej sobie jest teraz zbawienne i pomoże mi, obudziłam się po kolejnych pięciu godzinach. Było już za późno na ingerencje w perturbację, więc poszłam zapalić szluga. Nastał ranek. Jako, że mętlik zarówno rzeczy martwych jak i tych wydających się żywą energią podpiętą pod definicje myśli przerażał mnie swoja potęgą nasunęła mi się pewna myśli: nie ma sensu iść do szkoły, skoro mam burdel w pokoju, Tak tez zastało. Po kolejnych pięciu godzinach zaczęło mnie coś trawić od środka. Pretensje, wyrzuty sumienia? Nie, trzeba iść zapalić, a jako, że bezwład nie chciał udostępnić mi paczki fajek, którą zamknął w swoich czeluściach, koniecznym było wyprowadzenie mu wojny i prze lokowanie stajni Augiasza na moje łóżko. Znalazłam szlugi, Teraz nie mam gdzie spać. Cholera.

Dzisiaj pokażę Wam ciekawy pomysł na prezent z okazji 18. urodzin. Można go samemu wykonać, a kwota nie jest porażająca, mnie wyniosła 5 złotych na 2 modele tego typu. Niestety nie mam zdjęć "przed", "w trakcie" oraz "po", gdyż faktem oczywistym jest, że robiłam to na ostatnia chwilę i nawet w domu nie miałam czasu by zrobić sesje mojemu dziełu. Pozyskałam tylko zdjęcie jednej lalki, gdyż pierwsza nie wytrwała całej godziny na imprezie. Jakby ktoś się uparł na wersję "krok po kroku", postaram się takową zrobić. 

Panie, Panowie:


~anything else

niedziela, listopada 24

DIY#18 Halloween make-up.

Wiem, że umarłam. Chciałam zagrać w grę, ale zanim się zorientowałam, że już pędzę w wyścigu na ekranie pojawił się napis GAME OVER. I co? Wszystko się skończyło. Od tej pory szybowałam w bezkształtnym wszechbycie, nie wiem ile czasu, nie wiem co robiłam, nie wiem czy żyłam. Setny już chyba raz siadam na parapecie, zaciągam się szlugiem i myślę sobie: koniec tego dobrego. Trzeba się w końcu wziąć za siebie. Tak było wczoraj, przedwczoraj, tydzień temu, wcześniej, wcześniej, wcześniej, a matura za pasem. Cieszy mnie niezmiernie ten fakt. Mogę nawet stwierdzić, że w takim stopniu jestem szczęśliwa z tego powodu, że zupełnie naturalnie woziłabym się po mieście z papierową torbą by móc na przemian inhalować się nią i dzielić się moim obiadem. Fantastycznie. Albo przesypiam 3/4 z doby albo nie śpię tydzień, co skutkuje tym, że czuję się tak jak wyglądam, a mianowicie jak pogniecione gunwo, z workami pod oczami, do których zupełnie na luzie mogłabym napakować kilogram ziemniaków. Tak, tak, tak, znowu użalam się nad moim losem i znowu aż mnie skręca, żeby napisać, że to nie jest moja wina. To prokrascynacja! Na krzyż ją! itp. itd. Ale... bądźmy realistami. Jestem jaka jestem i choć zauważyłam poprawę w moim nastawieniu do ludzi, bo nie hejtuję już każdego spotkanego typa udowadniając mu tym samym, że jest najniższą formą życia (wiem, kochana ze mnie istotka) to nie mogę z siebie wykrzesać energii, która pozwalałaby mi wykonać czynność bardziej skomplikowaną niż palenie szluga.

Jest niedziela. Pamiętam początek piątku i teraz. Pamiętam piątkowy wieczór i sobotni ranek jak wracałam do domu. Gdzie się podziała sobota? No pięknie. 

Nie wiem czemu jestem takim złym człowiekiem i lubię każdemu konstruktywnie ubliżać. Nie wiem czemu lubię sobie wymyślać krótkoterminowe misje (może tylko tyle wytrzymam w postanowieniu?). Nie wiem czemu lubię grać w gry, nie wiem czemu lubię gdy mój rozmówca jest zagubiony, skrępowany czy spuszcza wzrok, nie wiem co się dzieje, nie mam pojęcia co się stało.

A teraz, odnośnie tematu o złych ludziach jak i graniu w gry: mój Halloweenowy make-up. Już się zorientowałam, że zaspałam z postem.





~anythingelse

poniedziałek, października 28

DIY#17 DII lighter


" Zanim umrzesz upewnij się, że żyłeś"

Bo tak właśnie powinno wyglądać nasze życie, nie ograniczone tylko na jeden aspekt, lecz pełne wyzwań w każdej dziedzinie. Powinniśmy znaleźć czas nie tylko na naukę, ale pasje jak i zwykły chillout.

Nie wiem czy tylko mój własny, prywatny świat, z którego sieroty bez własnej tożsamości, z zerową ambicją, bez polotu i finezji robią dom publiczny, mogę nazwać schizopolis, czy to jest zupełna norma wyobraźamia sobie tego padołu łez przez większość homo sapiens sapiens, czy też neandertalczyków, bo jak wiadomo naukowcy nie wykluczają, że mogą stąpać jeszcze po świeciey  potomkowie tego gatunku. Super, w takim razie już znam drzewo genealogiczne połowy pełnoletniej dzieciarni z mojego miasta. Tytuł w końcu do czegoś zobowiązuje... Może zamknijmy temat niższych form życia. 

"Nie wiem jak Ty, ale ja śmiem twierdzić, że nałóg jest zły, bo trzyma na uwięzi."


Jako osoba zakochana w rapie, uwielbiająca twórczość Słonia, jarająca się niesamowicie jego nową płytą "DII", chociaż nie pszesłuchała ani jednego z niej utworu, bo chce to zrobić " na legalu" mając w swoim posiadaniu nowiutką płytę (tak, wiem, jestem szalona) oraz nie wyobrażająca sobie przebrnięcia przez muł tego świata bez szlugów, chociaż ostatnimi czasy spalenie całego mentola to nie lada wyczyn (powinnam rzucić to w cholerę, ale patrząc z logicznego punktu widzenia, to co ja będę robić, gdy nie będzie chciało mi sie uczyć?!) takim oto sposobem stworzyła zdanie wielokrotnie złożone, którego wykres przedstawia się następująco: (...). Fascynujące? A jakże.

Jestem osobą, która lubi fajne gadżety. A co dla palacza jest nieodłącznym wyposażeniem torebki/ kieszeni (zależy, czy mam dość pojemną kieszeń by zmieścić w niej szlugi i nie wyglądało to tak, jakbym miała fajki w kieszeni)? Zapalarkę :) Więc lakier do paznokci poszedł w ruch i w ten oto sposób powstał oryginalny nadruk na zapalniczce.

 

~anything else


wtorek, września 24

DIY#16 C'est loin le Paris? - cap


W ostatnim czasie wydarzyło się aż nazbyt dużo. Gdybym miała to wszystko opisać to pewnie wybijając kolejne litery na klawiaturze spędziłabym miesiąc. Może nawet więcej, bo posługując się licznymi synonimami czy wyrazami niezbyt rozpowszechnionymi w naszej powszechnej polskiej mowie można manipulować tak, że każde ze zdań ma inny wydźwięk a oznacza zupełnie to samo co miliony jego poprzedników.
Poznałam kilka osób, które zmieniły lekko moje postrzeganie świata, zasady, kryteria, wymagania, plany... Od początku wakacji, chociaż mam pewność, że ciągle to MOJE życie, towarzyszy mi uczucie, że stało się ono oksymoronem tego kim chciałabym być. Przestałam żałować decyzji, bo wiem, że robię to świadomie, a z konsekwencjami będącymi następstwem tego wszystkiego będę musiała się zmierzyć. I na ta walkę będę przygotowana.
Moja postawa forever alone została lekko rozchwiana dzięki czemu pozostaną miłe wspomnienia bez względu na resztę czynników. Śmiac mi się chce, gdy przypominam sobie liczne eskapady, czy wrześniowe nocowanie na plaży w namiocie, na działce czy moim własnym ogródku pod kocem mając kilka metrów od siebie nieświadomych rodziców. 
Liczne burze zaczęły omijać moje gniazdo, rodzice chyba zrozumieli, lub starają się zrozumieć, że osiągnęłam już wiek pełnoletności i należny mi się trochę wolności. Przestali mieć lub zelżały na sile ciągłe pretensje o moje późne powroty do domu czy częste wybywanie na miasto. 
Chociaż wiem, że to tylko czcza gadanina, a moje ideały są na stałe wszczepione w moje superego, to ciesze się, że tak wygląda moje życie. Dzisiaj to sobie dopiero uświadomiłam. Nie jest źle, ale może być jeszcze lepiej.

No to teraz czas na kolejne DIY . Potrzebowałam jakieś czapki z daszkiem, gdy dowiedziałam się, że praca nad morzem stała się czymś realnym. Nie miałam wielkich wymagań. Wystarczyło podbicie do pierwszego stoiska na targowisku miejskim i za cenę 8 złotych czapka stała się moja własnością.
Jednak była jakaś bez wyrazu. Pod wpływem chwili wyciągnęłam farby akrylowe i nie zważając na fakt, że nie mam żadnego pędzla, który byłby dobry do malowanie cienkich linii jak i mając świadomość ich wątpliwej jakości nabazgrałam to:


Mam świadomość, że będę to musiała poprawić, gdy tylko dostane w swoje ręce znacznie cieńszy pędzel od tych. które posiadam.

Jak Wam się podoba efekt końcowy?

~anything else

piątek, sierpnia 23

DIY#15 Moneybox

Mogłabym się zdziwić. Gdybym chciała, ale wszystko zostało rozegrane tak, że gałki oczne wychodzące ze swych oczodołów i usta uformowane w kształt litery "O" są wręcz dziwną reakcją. Ostatnimi dniami wyczystko toczy się aż nazbyt płynnie i lekko, bez wymuszenia czy chwili postoju. Trzeba korzystać z okazji, mówią, mówili i będą mówić, niezależnie gdzie się znajdę ani w jakich warunkach. Bo zawsze znajdzie się jakiś powód, jakiś mur do przeskoczenia, za którym czeka następny level, z lepsza grafiką, wyższym skillem i liczniejszą liczbą platform. Nawet gdy siedzimy w dołku, możemy odwrócić sytuację tak, by choć trochę z niej uszczknąć. Nie ma sytuacji bez wyjścia, nie na end'u bez szczątkowego happy end'u. 

Ostatnio dziwnym trafem zaczęłam wychodzić z domu. I rano i po obiedzie, a wieczorami to już wiadomo. Kilka ulic dalej toczy się hipisowska komuna. Wiadomo, piwko, fajeczka, trawka co dzień od Woodstocku. Nie rozumiem jak to jest wracać do domu, a wylądować w naszym wypizdówku na przeszło 3 tygodnie, bez żadnych z góry ustalonych możliwości noclegu, mieszkając tam, gdzie jest uprzejmy Pan czy tez Pani domu, bo przecież do domu kilka setek kilometrów. 
Nie mam pojęcia co się stało z tymi wakacjami. Przepłynęły mi miedzy palcami. miałam uprawiać sport, uczyć się, czytać, szyć... Rzeczywistość? Codziennie czuje się pognieciona, jakby ostatnia domówka przypadała na każdy wieczór minionych tygodni. To co się tam działo zniszczyło mi skrawek jeszcze dobrze działającej psychiki.  Zjechała się psiarnia (nie policja, tylko psiarnia), kibel się zatkał i zalał kilka pomieszczeń, wszędzie jak i na każdym znajdowały się przyklejone podpaski, wszędzie porozlewane piwo zmieszane z jedzeniem, goście w samych bokserkach i spodniach od piżamy zawiązanych na szyi jako krawat, urządzili sobie kacowy spacerek do kościoła, w którym będąc prosili księdza o udzielenie im homoseksualnego małżeństwa. Serio?
Kilka grilli, nowych znajomości, co u mnie jest rzeczą wręcz abstrakcyjną, i miliony przeznaczone na chlanie. Dzisiaj w nocy dowiedziałam się, że jestem zaproszona na wyjazd nad morze, bo kolega ogarnął domek za darmo. Dwa dni chlania i baletów. To co, że nawet nie znam tych ludzi, jedynie jednego kolegę, ale z chęcią bym pojechała, gdyby nie ten hajs, a skołować przynajmniej jednego Władka w jeden poranek jest rzeczą awykonalną.
Chyba jeszcze do tej pory nie doszło do mnie, że moja wypłata już nie spoczywa na dole skarbonki. Cały mój budżet znalazl sobie wygodne lokum na kontach bankowych prywatnych sprzedawców. Bo to iPhone, to airmaxy, ubrania, słuchawki, biżuteria, plecaki, Woodstock... Pieniądze zdecydowanie się mnie nie trzymają...

A gdyby się trzymały, to znajdowałyby się z pewnością w tej oto skarbonce:


PRZED:
Nie posiadam lepszych zdjęć przed. Kuferek był cały w kolorze brzoskwiniowym, a na jego ściankach, w miejscu, gdzie obecnie znajdują się kawałki starej mapy znajdowały się urocze wzory w słoniki, żyrafy i tygryski. Dla mnie, zdecydowanie zbyt urocze. 

~anything else

czwartek, sierpnia 15

DIY#14 Vanity case\ make up bag

Mogłabym stwierdzić, że wszystko straciło sens. Przesypianie 80% z doby, brak poczucia głodu, psychika unosząca się w stanie nieważkości. Szlug za szlugiem i nie wiadomo co dalej. Wakacje...
Nie było mnie tutaj z półtora miesiąca, miesiąc spędziłam w pracy, kolejny tydzień przeznaczony był na relaks na Woodstocku, a reszty z życia nie pamiętam. Po prostu to przespałam, przepaliłam i chociażbym ciągle zastanawiała się nad motywami takiego a nie innego zachowania skrajnie przypominającego objawy depresji to kurwa nie wiem, po prostu kurwa no nie wiem! Jestem na siebie wkurzona, ale to chyba nie ma znaczenia, bo w końcu wstałam z łóżka, w końcu moja blokada została dezaktywowana i w końcu coś robię.

Z pewnością jeszcze napisze coś o moim miesięcznym statusie kobiety pracującej, bo uważam, że takie informacje mogą się przydać komuś, kto myśli o podjęciu pracy sezonowej nad morzem. 
Pewnie pojawi się tez wątek o chlaniu, jaraniu i dupy pokazywaniu - panie, panowie: Woodstock <3. Ale na to przyjdzie jeszcze czas. Tak jak i na wszystko. 

Jest tylko jedna rzecz, którą chciałabym zaznaczyć: było zajebiście! Pomimo wszelkich narzekań, krzywych akcji i innych tego typu, pewnym jest, że dobrze zapamiętam te wakacje. Osiemnaste wakacje w życiu...

A teraz do rzeczy. 


Pokażę Wam dzisiaj kosmetyczkę, czy też walizkę zrobioną specjalnie na wyjazd do pracy. Powstała z moich ulubionych jeansów, w które się oczywiście nie mieszczę i pomimo, że żal mi tyłek ściskał z tego powodu, nadal były za małe... 

PRZED
 PO





Tęskniliście?
~anything else


 

poniedziałek, lipca 1

DIY#13 Bag with tassles

To ja! No bo w sumie któż by inny... Nikt nie ma mojego hasła, nikt ze znajomych nawet nie wie o istnieniu tego bloga. Tak bardzo dyskrecja (i w tym momencie język polski robi potrójne salto w grobie).
Jak możecie się domyśleć, po tym, że nad morzem miałam nie mieć internetu, a właśnie piszę tę notkę, siedzę w domu! Odrzuciłam jakże cudowne możliwości rozwoju przy sprzedaży gumy do żucia za 5 złotych (5 ZŁOTYCH!), na rzecz niepewności związanej z inna pracą, której warunki po porównaniu do bycia królową poliizobutylenu (polimer z którego produkowana jest guma do m.in. Orbit) wydają się być iście królewskie. Tyle hajsu! Tyyyyyle! Może nawet nie umrę z głodu :)

A teraz czas na gwiazdę wieczoru (która ma zamek nie pod kolor, bo nie miałam innego, ale to szczegół, pokoloruje się :D):  torebka, która była wcześniej nieudaną torebką, która była wcześniej spódnicą! WTF?



A teraz czas na ogłoszenia parafialne! Nie ważcie mi się nawet wyjść, tak ja to robicie w kościele. Ja wszystko widzę. Mam trzecie oko, ale nie takie ciemieniowe, reagujące na promieniowanie jak gady. O! I trzecią powiekę tez mam, ale to chyba żaden wyczyn, bo każdy z Was też może się nią pochwalić. No kurde, nie przyszpanuję dzisiaj, chyba że... kurde, chyba położyłam wafel ryżowy na rozlaną na biurku oliwę do maszyny, bo coś gorzki się zrobił...
Nadszedł znowu czas na: gdyby ktoś był. A więc, gdyby ktoś był tak zupełnie przypadkiem w Niechorzu, niech się strzeże. Owo miasto/wieś (niepotrzebne skreślić) od dnia 03.07.2013 będzie znajdowało się pod moja okupacją i dołożę wszelkich starań by znaleźć się na każdej imprezie w promieniu odpowiednim do mojego stanu i obuwia, w tym m.in. na dniu śledzia. (Brawa dla śledzia.) 

Mimo wszystko mogę zacząć reklamę już w dniu dzisiejszym!
Strudzony turysto bałtyckich nadbrzeży i pubów. Marzy Ci się skorpion na plecach? Wbijaj do mnie! Chciałbyś, aby Twoja twarz przemieniła się w maskę Spidermana wykonaną za pomocą farb plakatowych(nie no, chyba będą takie do malowania twarzy) ? Załatwione! Zawsze chciałeś mieć niezmywalnego penisa na czole i czuć jak ofiara losu? Nie mogłeś lepiej trafić. 
Tatuaże i malowanie twarzy na wesela, rozwody, urodziny, studniówki i melanże. 

~anything else 

sobota, czerwca 29

DIY#12 How to do a poi?


 Dzisiaj przedstawię Wam krótki tutorial jak samodzielnie za kwotę 15 zł zrobić treningowe poi. 


 Potrzebne będą:
♠ taśma samonośna ok. 1m (pasmanteria)
♠ 2x piłka do tenisa (kiosk ruchu)
♠ 2x łańcuch o dł. ok 70 cm (Bricomarche)
♠ 4x kółko do kluczy (Bricomarche)
♠ 2x haki śrubowe z końcówką oczka- im większe tym lepsze (Bricomerche)




Obecnie jestem na etapie najprostszych tricków, ale mam nadzieję, że niedługo mój poziom będzie wyglądał tak:
Na wachlarze tez mam chrapkę, ale zobaczymy czy przeżyję starcie z poi.

~anything else

wtorek, czerwca 25

DIY#11 Black&gold dress

Kolejny motyw "właśnie uciekłam przed krwiożerczą pluszowa panterą, która obdarłam ze skóry kilka wpisów temu". Tym razem czarna sukienka z rozcięciami podszyta złotym materiałem. Tradycyjnie szyta kilka godzin przed sylwestrem, lecz nie tym ubiegłorocznym, którego całego planu event'u jeszcze nie zgłębiliśmy, gdyż ciągle ujawniają się nowe okoliczności i wydarzenia, lecz tego jeszcze wcześniejszego, którego z kolei noc mogłaby jak dla mnie przestać istnieć.



Kolejna robiona na szybko. Kolejna męska koszula.  Nie jestem z niej specjalnie zadowolona, ale no trudno...



Ile razy można opadać i się podnosić. Ile razy sukces może być jednocześnie klęską? Ile jeszcze godzin syntezy kortyzolu wytrzyma mój układ nerwowy? Dlaczego moja przysadka domaga się osłabienie wpływu hormonu stresu na mój organizm za pomocą nikotyny? Osłabienia wpływu, zahamowania wydzielania? Nie wiem, za głupia jeszcze na to jestem i kto wie czy kiedykolwiek się to zmieni.  Ktoś mógłby posądzić mnie o wielokrotne powtórzenia, ale znowu czuje ten strach. Niby nic, bo zresztą kto nie umie opchnąć ludziom gumy do żucia, ale znajdę się w nowej sytuacji i kto wie czy okaże się ona korzystną. Wiele się teraz słyszy, więc jakby co, odwiedzajcie mnie w burdelu w Berlinie ;) Nic praktycznie jeszcze nie uszyłam, bo to remont pokoju, to pokaz, to picie, to gra, to cokolwiek. Czuje się jak zawsze zawiedziona, ale chyba już na tyle się do tego przyzwyczaiłam, że mogę stwierdzić: jebać to.
W sobotę miałam okazje brać udział w teatrze ognia. Co prawda, będąc jedynie statystką, stałam na mostku jak sierota i trzymałam dwie, już po kilku minutach tlące się pochodnie. W tym momencie jedynie mnie to zainteresowało. Jednak, gdy pewna osoba zaczęła o tym opowiadać coś więcej, stwierdziłam, że to będzie fajna alternatywa dla kółka teatralnego i zajęć breakdance za którymi, że się tak kolokwialnie wyrażę, w kurwę tęsknię. Taniec z płonącymi wachlarzami, plucie ogniem, zabawa poikami czy płonącym kijem wraz z gimnastyką i akrobatyką coraz bardziej wżera mi się w top10 rzeczy do zrobienia przed śmiercią. To dużo pracy, ale efekt jest niesamowity, wynagrodzenia też są  spoko, akurat na zakup profesjonalnego sprzętu. Wada? Mogę stracić moje już praktycznie nieistniejące włosy, albo spalić sobie twarz. O dziwo, mama na mieść o moim zaintrygowaniu kuglarstwem nie stwierdziła: dupę sobie podpal, tylko uznała, że to jest całkiem dobry pomysł. Ej, ej, ej! No po prostu kurwa nie wierzę. Co się dzieje z tym światem?

~anything else